wypad do Kijowa!

26.07.2011

Dzisiaj wstałam wcześniej, żeby się nacieszyć widokiem i piękną pogodą, gdyż rano jest zawsze bezchmurne niebo. Powłóczyłam się trochę po gospodarstwie, ale nie umiałam sobie znaleźć żadnego zajęcia, więc jak zawsze wylądowałąm na balkonie przed naszą sypialnią. Siedziałam sobie w słońcu, szkicowałąm i pisałam. Zobaczyłam największą muchę na świecie. Chciałam jej zrobić zdjęcie ale ona była szybsza. Tylko przez chwilę widziałam, że coś obok przelatuje z hałaśliwym brzęczeniem i myślałam, że to gigantyczny bąk, ale to była mucha!
!!!

Paweł spał. To niewiarygodne, że spośród naszej dwójki to ja zawsze wstawałam wcześniej. Normalnie jestem dosyć leniwa i nie ściągam się z łózka przed dziewiątą. Ale mój kompan podróży był na prawdę wyjątkowy. Wieki zajmuje mu wstanie z łóżka i pójście się myć. Wczoraj obudził się i przez pół godziny leżał w łóżku aby potem przejśc do pozycji sziedzącej, w której przeminęło kolejne pół godziny. Kiedy myślałam już, że wstaje, bo zaczął martwić się, że ma kleszcza i całkiem przytomnie ze mną rozmawiał, on wrócił na łóżko i zastygł tam na kolejną godzinę. Po długim prośbach w końcu poszedł myć zęby, żeby zejść ze mna na śniadanie.

29.07.2011
Za trzy dni Ramadan. Kiedy wytłumaczyłam Pawłowi na czym on polega, stwierdził, że ludzie którzy poszczą to idioci. tym samym dowiódł, że on sam jest idiotą. Ma opinię na temat Islamu zbliżoną do opnini większości Polaków, chociaż nic o nim nie wie. Nie poznał nigdy żadnego Muzułamnina, nie pojęcia czym jest ta religia, skąd się wywodzi i jakie są jej zasady, ale twierdzi uparcie, że jest bez sensu. Właśnie zdałam sobie sprawę, że mam za towarzysza podróży ignoranta. Po południu dzwonił T.. Kiedy słyszałam w telefonie jak dziękuje wszystkim, którzy przekazywali słuchawkę wiedziałam, że to on. Wyjeżdżał z Quetty do Lahore, moje nadziej na to, że spotkamy się w Iranie prysły. Wiedziałąm jednak, że kiedyś pojadę do Pakistanu i odbędę wtedy tę podróż sama, bo wszyscy uważają ją za zbyt niebezpieczną…
Pewnego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę na pobliski szczyt- Guli. Dzień był strasznie gorący i ciężko się szło pod góre w trampkach ale doszliśmy do połowy drogi, czyli górskiej bazy u podnóża lodowca, skąd startują wyprawy na ośnieżony szczyt. Podczas gdy nas nie było dzwonił Aleko. Z tego co zrozumieliśmy miał jechać do Kijowa. Kijowa ?! A co z naszą wizą?! Wychodziło na to, że musimy nadal czekać, czyli robić coś, co zawsze sprawiało mi największą trudność. No cóż, pomyślałam, przynajmniej nauczę się cierpliwości (dotąd się jej nie nauczyłam, do dzisiaj czekanie na coś nieubłagalnie przypomina mi, że marnuję swoje życie) i jak najlepiej wykorzystam spędzony tutaj czas. I tak starałam się uczyć Gruzińskiego i poznawać tutejsze zwyczaje, pomagałam Quencie przy gospodarstwie. Wczoraj kosilam trawnik kosą, rąbałam drewno i próbowałam doić krowę. Obcowanie ze zwierzętami było tutaj częścią każdego dnia. Nikt się nie bał krowy czy psa, dla nas, ludzi z miasta było to coś zupełnie innego. Codziennie obserwowałam małe kurczki podążające wszędzie za swoją mamą i z dnia na dzień coraz bardziej się do niej upodabniające. Każdego dnia ponawiam też próbę pogłaskania cielaków, ale zawsze uciekają. Bawię się z psem i kociakami, które wyciągam z obory. Chciałam też pojeździć konno, ale nasi gospodarze niestety nie mają koni.
Przez ostatnie kilka dni jest bardzo gorąco więc głównie zostajemyw domu i odpoczywamy. Paweł siedzi przez większośc dnia i patrzy się w ścianę. Ja już przeczytałam wszystkie moje książki i informatory o Turcji i Gruzji, więc też leniuchuję.
Zazwyczaj próbujemy trochę rozmawiać z naszymi gospodarzami, czasami wszyscy śmiejemy się z tego, że nie potrafimy się zrozumieć. Trochę spacerujemy po okolicy, kąpiemy w strumykach i rzekach spływających z lodowca, które są tak zimne, że aż ciężko w to uwierzyć w czterdziestostopniowym upale. Wczora byliśmy na ognisku nad jednym z tych strumieni, gdzie zebrała się okoliczna młodzież i kilka dzieciaków. Większość z nich przyjechała tutaj z Tbilisi na wakacje. Czasami pijemy koniak i przesiadujemy z Mamą i Tatą. Dzisiaj rano gospodyni pojechała do Tbilisi na pogrzeb swojej siostry. Już od kilku dni o tym wspominała i wtedy za każdym razem cień smutku pokrywał jej twarz. Ale zaraz później znowu odzyskiwała dobry humor i zmarszczki na jej twarzy układały się w szczery serdeczny uśmiech. Zauważyłam, że ten uśmiech jest najszerszy, kiedy gospodyni ma u boku swego męża. Chociaż ten czasami lubi sobie popić czy zapalić, to widać, że są razem szczęśliwi. Nawet kiedy on ją goni za jej słaby Rosyjski, ona tylko śmieje się wesoło i tak miło, jakby częściowo z samej siebie. Zawsze też o niego dba, można by powiedzieć, że czasem mu ‘usługuje’, ale robi to z miłością i wielkim zadowoleniem. Uwielbiam patrzeć na nich, kiedy sobie razem żartują.

***

Właśnie bylam przed chwilą na dole i zobaczyłam, że Quenta płakała. Było mi strasznie przykro, że nawet nie mogę zrozumieć o co chodzi i jej pomóc…

***

Leave a Reply