wizy do Iranu

Dzisiaj rano byśmy w Ambasadzie Islamskiej Republiki Iranu. Najeździliśmy się i nazałatwialiśmy za wszystkie czasy. Kiedy o 10:00 przyszli po nas Levan i Aleko, ponownie nadużyliśmy ich cierpliwości każąc im na siebie czekać ponad dwadzieścia minut. Sprecyzujmy- ja byłam gotowa w pięć minut nie chcąc ich denerwować ale Paweł siedział całe wieki w łazience. Tłumaczył się problemami z żołądkiem. Także nasi gospodarze znowu byli na nas wkurzeni i z tego jak się zachowywali, było widać, że nie mają do nas więcej ani zaufania, ani cierpliwości. Przez to całe opóźnienie zdążyliśmy tylko pojechać do banku TBC zapłacić za wizę i skoczyć do fotografa po zdjęcia wizowe, bo Paweł nie miał żadnych ze sobą. W końcu odwieźli nas do hotelu i powiedzieli, że nie mają więcej czasu. Po południu mieliśmy wrócić do ambasady taksówką, na którą na siłę chcieli nam dać pieniądze. Głupio mi było, że wszystko nam sponsorują a już na pewno nie miałam zamiaru przyjmować od nich żadnych pieniędzy. Cała ta sytuacja była nieciekawa i chciało mi się ryczeć. Okazało się później że A. i Levan zostawili jednak pieniądze, ale recepcjonistce z hotelu i to ona miała załatwić wszystko z taksówkarzem. Czułam się niezręcznie. Mieliśmy jeszcze dwie godziny przerwy do ponownego otwarcia ambasady. Szybko wypełniłam formularz wizowy chcąc załatwić jeszcze parę rzeczy na mieście. Ale Paweł nie chciał iść, ślęczał nad swoim visa application pytając mnie, który mamy rok i co wpisać w każdej linijce. Twierdził, że lepiej się nigdzie nie ruszać, ale chyba po prostu mu się nie chciało. Wyszłam więc sama. Wymieniłam 10 euro żeby kupić wodę, której brak nam doskwierał już od kilku dni, kitkata- na pocieszenie i rozglądałąm się za kawiarenką internetową gdzieś w okolicy. Przeszłam przez lokalny mały bazar pełen owoców i skierowałam się w jedną z głównych ulic prowadzącą nieco w dół. Kawiarenka internetowa była tuż za rogiem. Byli tam sami faceci, którzy nie przestawali się na mnie gapić ani przez chwilę. Zapłaciłam za 15 minut i szybko sprawdziłam całą pocztę. Oprócz tego spisałam przejścia graniczne w Iranie (do wpisania w visa application) i czas pobytu z wizą turystyczną. Po tych intensywnych 15 minutach ogarniania wróćiłam do hotelu. Za niedługą chwilę czekała na nas taksówka. Obok taksówkarza siedział młody chłopak, który miał się nami opiekować. Z formularzami, dowodem wpłaty i paszportem pojechaliśmy do ambasady. Tam okazało się, że potrzebujemy dokładny adres osoby bądź hotelu, do którego jedziemy. Przypomniało mi się, że Irańczycy z couchsurfingu pisali mi nieraz swoje adresy oferując gościnność, musiałabym tylko wejść na internet aby mieć do nich dostęp. Że tez nie zrobiłam tego wcześniej!?! Jednak nasz opiekun okazał się bardzo wyrozumiały i po wesołym ‘no problem’ zatrzymał dla nas taksówkę i zaprowadził do najbliższej kafejki internetowej. Tej samej, w której ja byłam jeszcze pół godziny temu 🙂 Spisaliśmy wszystko co było potrzebne, złapaliśmy kolejną taksówkę, umówiliśmy warunki z kierowcą i już spowrotem jechaliśmy do ambasady. Tym razem wszystko się zgadzało. Pan w ambasadzie wypełnił nam brakujące pola aplikacji i teraz pozostawało już tylko czekać na wizę. Niestety, jak nam powiedziano, nawet do trzech tygodni. Mieliśmy jednak nadzieję, że zajmie to krócej. Wsiedliśmy w taksówkę i wróciliśmy do hotelu.

***

Dzisiajszy spacer przez Tbilisi był bardzo męczący. Miasto jest pełne życia. Samochody, hałas, co krok babuszki sprzedające coś, żebrzące, ludzie przepychający się na nierównych chodnikach, szerokie ulice, wysokie krawężniki. Nie było widać słońca, ale powietrze aż kleiło się od duchoty. Co chwilę słyszałam klaksony samochodów, których kierowcy zdawali się w ogóle nie rozumieć przepisów ruchu drogowego. Ciągłe wyprzedzanie, jazda na czerwonym świetle, pod prąd, trąbienie na przechodniów, zawracanie na środku ruchliwej drogi, tworzenie z dwóch pasów czterech to normalny dzień kierowcy w Tbilisi. Trzeba jednak przyznać, że mają oni nieźle opanowaną jazdę samochodem po tym mieście. Pomimo tych wszystkich szaleństw, równoczesnego rozmawiania przez telefon, picia kawy, jedzenia i konwersacji z współpasażerami oraz kierowcami innych samochodów, świetnie dają sobie radę na drodze.
Minęłam dzisiaj po drodze setki piekarni. Kupiłam w jednej ciasto, drożdżówkę, która w środku była nadziewana dżemem. Przepyszna!

Leave a Reply