Tvebishi

23.07.2011

Ludzie w Tvebishi i pobliskich wioskach żyją bardzo prosto. Rzadko jeżdżą do miasta, bo wszystko czego potrzebują mają wokół siebie. Przy każdym domu jest małe pole i kilka zwierząt. Koło naszej chaty też rozciąga się ogródek z warzywami i świeżą miętą potrzebną do przygotowania ‘czaju’. Oprócz tego jest kilka krów mlecznych, dwa cielaki, jeden byk, kury nioski, pełno kurcząt w różnym wieku i pies. Mamy też duży piec do pieczenia świeżego chleba i chaczapuri oraz czystą wodę ze strumienia. Zaobserwowałam, że chyba jednynymi rzeczami, które nasi gospodarze kupują są mąka, cukier i sól. Drzewa do palenia w piecu mają pod dostatkiem w lesie. Życie płynie tu powoli i spokojnie. Wszyscy się znają, każdy jest otwarty na miłą pogawędkę, dzieci rozmawiają swobodnie ze starszymi, a kiedy są w grupie, to nigdy się nie nudzą. Cieszy ich zbieranie kwiató, rąbanie drewna, obserwowanie zwierząt, szum rzeki i widok gór. Ludzie są mili i gościnni, a nadodatek chętni do pracy. Mają siłę i radość życia. Głównym składnikiem naszej diety jest mleko. Z niego robiony jest na piecu, domowym sposobem ser, dodawany niemal do każdej miejscowej potrawy. Ser zawiera sławne chaczapuri, ale delektujemy się również pierogami z serem, puree ziemniaczanym z serem, które tworzy ciągnącą się papkę o dziwnej konsystencji, chleb suchy z kawałkami sera, lub po prostu sam ser. Oprócz tego są jeszcze różne rodzaje kefiru, jogurtu, maślanki, serwatki i śmietany, a na śniadanie często dostajemy ryż na mleku, bardzo dobry, bo słodki. Dodatkowo zawsze na stole stoi kompot i miętowy czaj oraz obowiązkowo chleb i sałątka z pomidorów i ogórków z cebulką. Wszystko jest przepyszne, świeże, proste i wyjątkowo sycące.
Każdego dnia otwieram drzwi naszej sypialni, które się rozsuwają na boki i czuję się jak bohaterka jakiegoś romantycznego filmu. Wychodzę na drewniany szeroki balkon i wdycham ujmujący zapach natury. Jest w nim odrobina tutejszych kwiatów i drzew, rzeźkości górskiego powietrza, delikatna nuta dymu z komina, zapach zwierząt, pola i drewna. Trudno dokładnie określić z czego się składa, ale ta pierwsza chwila kiedy połączy się w jedną całość i spotka z moim nosem jest najwspanialsza! W każdy poranek spoglądam na Ushbę- najwyższy szczyt w okolicy. To ta właśnie góra przyczyniła się do napływu tak wielu turystów i zagranicznych gości w te odległe rejony. Masywna, pokryta śniegiem, majestatyczna, zdaje się włądać nad położoną u jej podnóży doliną, jednocześnie strzegąc spokoju jej mieszkańców. Można na nią patrzeć codziennie, przez całe życie i dalej zachwycać się jej widokiem. Najlepszym dowodem są na to Leti Quenta, które każdego dnia z radością i dumą wskazują mi na Ushbę. Widok z naszego balkonu jest jak oprawiony w ramkę jej perfekcyjny obraz. Niezaleźnie od pory dnia czy pogody, niezmiennie zapiera dech w piersiach. Czasami, kiedy siedzę owinięta kocem, obserwując padający deszcz, chmury unoszą się tak nisko nad doliną, że tworzą tylko poziome pasmo przysłaniające środkową część góry, podczas gdy reszta tajemniczo wynurza się z delikatnej mgły. Czyż to nie jest wspaniałe?! Czuję, że w tej górskiej dolinie jestem jak na odwyku. Odwyku od całej cywilizacji, nowoczesności, zatłoczonych miast, niezadowolonych z życia ludzi, pośpiechu. Kiedy siedzę w chatce jak pada deszcz, powracam wspomnieniami do naszej rodzinnej bacówki na stokach Prusowa. Tylko, że tutaj czuć jakby większą przestrzeń, góry są o wiele wyższe i magnetyzujące, a ich pokaźne podnóża kończą się tuż na skraju naszej doliny…

Leave a Reply