Tbilisi

20.07.2011
Dzisiaj z samego rana pojechaliśmy odebrać z ambasady nasze paszporty. Aleko przyjechał po nas samochodem. Potem długo rozmawiał z Irańczykiem, który przyjmował wnioski wizowe i powiedział, że wiza będzie za tydzień, a jeśli nie, to jego ‘friend’ ma dobre układy w ambasadzie, więc powinien przyspieszyć cały proces. Trochę mnie to uspokoiło, chociaż i tak cały czas zamartwiam się, zdajać sobie sprawę, że nie mamy zbyt wiele czasu na czekanie. W drodze powrotnej A. zaproponował, że podwiezie nas do centrum. Z chęcią przyjęliśmy tą propozycję, bo mielismy już dosyć siedzenia w pustym hotelowym pokoju. Byliśmy bardzo wdzięczni Aleko za miejsce do spania, ale czuliśmy dużej sympatii do naszego pokoju. Był cały w kurzu, wewnątrz niezmiennie panował półmrok, zatykał się kibel i do tego dochodziło jeszcze kilka znalezionych ostatnio robaków. To były jednak szczegóły. Bardziej zależało nam na tym, żeby gdzieś w końcu wyjśc. Spacer po centrum Tbilisi zapowiadał się całkiem ciekawie. Gdyby nie Paweł, którego wszystko denerwowało i powtarzał, że nienawidzi tłumów. W centrum zawsze są tłumy. Cóż jamogłam na to poradzić? Dopiero kiedy wpadł w swój trans robienia zdjęć wszystkiego co popadnie, to trochę się chyba uspokoił. Zaczęłąm żałówać, że nie wzięłam swojego aparatu, bo lubię robić zdjęcia jeśli coś mnie akurat zaciekawi. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, że spisując te wspomnienia będę żałować tego o wiele bardziej. Po przejściu główną ulicą do wielkiego ronda, w końcu znaleźliśmy informację turystyczną. Był to punkt informacji turystycznej naszych marzeń! Była klimatyzowana, miała darmowy dostęp do internetu i oferowała za darmo mapy wszystkich regionów Gruzji. Byliśmy zachwyceni! Kiedy opuściliśmy już biuro turystyczne (po tym jak Paweł przez godzinę idealnie składał swoje mapy), postanowiliśmy do hotelu wrócić pieszo. Pomimo, że z nieba lał się niemiłosierny żal, my postanowiliśmy przejść pól miasta na nogach. Chodziło nie tylko o zaoszczędzeniu pieniędzy na komunikację (na prawdę mieliśmy wtedy skromne fundusze) ale o zobaczenie czegoś więcej. Szliśmy obserwują życie tamtejszych ludzi, wszyscy wydawali się tacy zabiegani. Podziwialiśmy witryny drogich sklepów, mijaliśmy żebrzące kobiety ubrane na czarno ze świętymi obrazkami w dłoniach, szliśmy sprzeczając się od czasu do czasu o jakieś drobnostki. Potem już tylko szliśmy. Ja zrobiłam się taka czerwona jak moja koszulka, a Paweł cały czas robił zdjęcia. Wykończeni, w końcu dotarliśmy do hotelu. Wzięłam zmny prysznic, który był fantastyczny. Jest tak gorąco, że ostatnio za każdym razem kiedy biorę prysznic, stwierdzam potem, że to jeden z najlepszych pryszniców w moim życiu. Zjedliżmy trochę jedzenia, które nam wczoraj przyniósł Aleko i położyliśmy się. Miałam już dosyć tego łóżka hotelowego. Znałam w nim każa sprężynę. Jednak po naszym długim marszu zasnęłąm od razu. O godzinie 12 w nocy przyjechal Aleko i powiedział, że przyjedzie po nas o 4:00, bo załatwił nam wyjazd w góry. Miała nas zawieźć marszrutka, którą kierował jego ‘friend’ a w górach też mieli być jacyś jego znajomi. Ogólnie wszystko było jasne, ale tak na prawdę nie mieliśmy pojęcia co się dzieje. Nastawiliśmy budzik na 3:00 rano i poszliśmy dalej spać.
***
3:00 rano.
Wstajemy, nie wiemy co się dzieje, jesteśmy strasznie zaspani. Pakujemy nasze rzeczy porozrzucane po całym pokoju.
Jemy resztki.
Paweł idzie wyrzucić śmieci.
Plecaki są cięźsze przez wszystkie ulotki i mapy, które wzięliśmy z biura informacji turystycznej.
Sprzątamy okruszki.
Przychodzi Aleko, o ile to możliwe, jeszcze bardziej zaspany od nas.
Szybkie ‘bye-bye’ do Pani z hotelu.
Odjeżdżamy.

Leave a Reply