Taxi Kabira

Kiedy siedzę sobie zakatarzona w ten zimowy wieczór, jakże wspaniale jest się przenieść do ciepłej drogi pokrytej czerwonym kurzem, gdzieś na marokańskim odludziu…

Jednak żeby tam dotrzeć, podczas naszej podróży,najpierw zawsze musieliśmy wydostać się z miasta. Tłocznego, gorącego, zastawionego straganami miasta. Żeby wydostać się z Agadiru wzięliśmy taxi kabira, czyli w arabskim dużą taxówkę. Wskazówkę żeby skorzystać z tego rodzaju transportu dostaliśmy od Ahmeda. Teraz patrzę na zwitek papieru z napisanym niepewnie ‘Taxi Kabira’ i jest on kolejną wskazówką do umiejscowienia poszczególnych etapów naszej podróży. W rzeczywistości taxi kabira to był po prostu stary mercedes, za to  duża była liczba osób, która mieściła się w środku. Oprócz J. i mnie upakowanych na przednim siedzeniu, z tyłu zmieściło się jeszcze pięć osób, plus bagaże. Kiedy znaleźliśmy się w małym miasteczku na południe od Agadiru, z ulgą wysiedliśmy i zaczęliśmy rozglądać się za bardziej luksusowym środkiem transportu, czyli stopem.

Mogę tutaj wtrącić, że z całą pewnością autostop, to jeden z najwygodniejszych środków transportu w Maroku. Czeka się niedługo i zdarzają się na prawdę przyzwoite samochody.

Wyszliśmy na pobocze ruchliwej zakurzonej asfaltowej drogi. Obserwując mijające nas pick-up’y cały czas wspominaliśmy o tym, jakby było cudownie jakby jakiś się zatrzymał. Ja zapoznana z odwiecznym prawem autostopu, że jeśli się czegoś bardzo chce to się to dostaje, wierzyłam, że pojedziemy w końcu na pace jednego z nich. I pojechaliśmy! Dosłownie nie minęło parę minut a przed nami stał nasz wymarzony samochód, a my w osłupieniu, patrzyliśmy na siebie z głupkowatymi minami i uśmiechem na ustach. No to zaczęła się jazda! Nie było dokładnie tak jak sobie to wyobrażaliśmy. Samochód pędził, cały czas uderzały w nas chmury kurzu i trzęsło tak, że musieliśmy się porządnie trzymać żeby nie poobijać się o wnętrze przyczepy. Wiatr prawie nam zrywał głowy, my jednak cieszyliśmy się jak małe dzieci, zadowoleni, że nasze życzenie zostało spełnione.

Choć droga była wąska, cały czas wymijały nas samochody. Wśród nich wiele było niedużych ciężarówek, z tyłu wypełnionych robotnikami wracającymi z pola. Wszyscy się na nas gapili i pozdrawiali, a że my byliśmy w chwilowej euforii, również pozdrawialiśmy i machaliśmy do nich serdecznie. Kilka kobiet z ciężarówki rzucało nam świeżo zebrane melony. Kiedy już nas wyminęli i skończyła się seria okrzyków, radosnych pozdrowień i pogwizdywań, rozkroiłam jednego melona, o mało nie ucinając sobie przy tym palców (kierowca jechał jak szalony).

Potem był obiad z kierowcą w jakimś przydrożnym barze. Gdy już się najedliśmy przepysznym Tagine i rozmawialiśmy przy miętowej herbacie dostałam propozycję małżeństwa. Omówiłam, dopiliśmy herbatę i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy zobaczyć chociaż skrawek pustyni, a nie mieliśmy już zbyt dużo czasu.

Większość pozostałej drogi tego dnia przejechaliśmy z dwoma sympatycznymi kierowcami ciężarówki, którzy mówili trochę po francusku. Staraliśmy się prowadzić rozmowę, jednak nasz znakomicie niski poziom francuskiego nam na to nie pozwalał. Ponadto kiedy zaczęliśmy wkraczać na obszary tak zwanych wrót pustyni, widoki dookoła były tak nieziemskie, że zarówno J. jak i ja leżąca sobie wygodnie na tylnym siedzeniu w zamyśleniu kontemplowaliśmy to piękno. Ciężarówka jechała krętą asfaltową drogą wśród rdzawo- zielonych wzgórz, które podczas powolnego zachodu słońca przybrały na chwilę fioletową barwę.  Kierowcy zaczęli nucić spokojną berberską melodię a J. dołączał się wybijając rytm. W ciepłym powietrzu ciężarówki i kojącej muzyce, odpłynęłam w krainę moich snów.

Kiedy dotarliśmy do Warzazat nasi kierowcy zaprosili nas na obiad. Było jak zwykle wyśmienicie! Jednak gdy tylko dowiedzieli się, że nie mamy gdzie spać, uparli się aby znaleźć nam nocleg. Jeden z nich miał w Warzazat siostrę, poznaliśmy jej męża  Yusuff’a, który zgodził się nas przenocować.

Yussuf był dla nas człowiekiem zagadką. Był spokojny, chyba dlatego że cały czas był zjarany. Miał swoją mała działkę z ogródkiem, którą nazywaliśmy ‘Pépinière‘, gdzie chadzał wieczorami palić haszysz i rozmawiać ze znajomymi. Poczęstował nas tam Marokańskim winem i opowiadał trochę o sobie. Próbował mi wytłumaczyć, jak Marokańczycy patrzą na kobiety ‘wyzwolone’. To znaczy takie, które palą papierosy, haszysz i piją wino. To prawie jak znak, że kobieta jest łatwa- mówił. Według niego Marokanki nie oddają się takim rozrywką, przynajmniej nie publicznie, bo to by je klasyfikowało do tej samej szuflady co kobiety lekkich obyczajów, a mężczyźni stracili by do nich szacunek. Niestety wiele Marokańczyków podziela jego poglądy, widzą rolę kobiety zupełnie inaczej niż Europejczycy. Dla nich kobieta może bardzo łatwo stracić swój honor a to byłoby dla nich wymówką na traktowanie jej bez należnego jej szacunku. Miejsce kobiety jest w domu, kontrolowanej przez długoletnie tradycje i obyczaje, jednak oni, mężczyźni mogą sobie robić co chcą, to do nich należy poznawanie świata, jednocześnie ze wszystkimi rozrywkami jakie on oferuje.

Następnego dnia, musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie ma szansy żebyśmy zdążyli na pustynie. Postanowiliśmy jutro wyruszyć do Marakeszu. W międzyczasie zwiedziliśmy centrum i okoliczną wytwórnię filmową, coś jak Marokańskie Hollywood, zobaczyliśmy tutejszy targ, powłóczyliśmy się trochę, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z Yussufem. Byliśmy przygnębieni, że nasza podróż za niedługo dobiegnie końca.

Nazajutrz byliśmy już w drodze do Marakeszu, po drodze ocierając się o niesamowicie piękne góry Atlas. Kierowca tradycyjnie zaprosił nas na Tagine (tym razem z kozy), chociaż nie mówił w żadnym obcym języku. Znalazłam przy drodze małego szczeniaka. Leżący w brudzie na słońcu i skrajnie wyczerpany wyglądał jakby zdychał. Naiwnie postanowiłam go ratować. Wzięliśmy go razem z nami, daliśmy pić i jeść, a on odwdzięczył się nam rzygając w samochodzie. Kierowca nie był zadowolony i z ulgą pozbył się nas jak tylko wjechaliśmy do Marakeszu.

 

 

 

Leave a Reply