tam i z powrotem

Kiedy tylko wróciliśmy do mieszkania S. wzięliśmy nasze plecaki i chcieliśmy spróbować złapać stopa do Agadiru. Jednak to wcale nie było takie łatwe. Najpierw musieliśmy znaleźć pustą taksówkę, które nas wywiezie za miasto. Zajęło nam to ponad pół godziny. Sam Ahmed i Sanae mieli trudności z wytłumaczeniem kierowcom po arabsku o co nam tak w ogóle chodzi.. Wszyscy uważali nas za wariatów. Chociaż nasi nowi znajomi, chyba za takich pozytywnych wariatów.  Gdy w końcu odjeżdżaliśmy ‘petit taxi’, odwróciliśmy się do tyłu aby pomachać na pożegnanie naszym znajomym. Ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy ich na rogu ulicy, niemalże pokładających się ze śmiechu. Niepewnie popatrzyliśmy na siebie, nasze zdezorientowane miny mówiły, że żaden z nas nie wie co to oznacza. Teraz jednak, już nic nie mogliśmy zrobić. Jedyne co nam pozostało to mieć nadzieję, że nie zginiemy przez porąbaną jazdę taksówkarza…

Słońce chyliło się ku zachodowi a my dopiero rozpoczynaliśmy naszą podróż do Agadiru. Znaleźliśmy się na skraju szerokiej, głośnej, zakurzonej drogi, zaraz obok stacji benzynowej. Ludzie się na nas gapili jak na czubków. Nasz arabski napis أكادير niewiele pomagał. Wszyscy  próbowali nas uprzejmie skierować na dworzec autobusowy. Jedna kobieta, zakryta od stóp do głów (miała nawet czarne rękawiczki zasłaniające jej dłonie), smutno stwierdziła ‘I am sorry for you..’. W zdumieniu, zignorowaliśmy to i stwierdziliśmy, że to nam jest jej żal. W końcu złapaliśmy tylko jakiegoś krótkiego stopa do wioski obok i dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie jesteśmy na złej drodze. Do Agadiru prowadzą dwie drogi: jedna, strasznie długa, która się ciągnie wybrzeżem, druga- przez Marakesz. Niestety my byliśmy na tej dłuższej, co oznaczało, że dostanie się do Agadiru zajmie nam wieki. Zrezygnowani, przyjęliśmy kolejnego stopa, który nam się nadarzył, nie będą pewni gdzie jedzie kierowca i obserwując tylko jak się robi ciemno… było nam już wszystko jedno. Podałam propozycję łapania stopa w pobliżu jakiegoś oświetlenia, lub spania w krzakach, ale J. nie był chyba przekonany ani do jednego ani do drugiego. Bezwiednie jechaliśmy z naszym kierowcą, słuchając głośnej rytmicznej Marokańskiej muzyki. On po chwili zatrzymał się przy barze, żeby kupić dla nas piwo. Zimne piwo, to coś czego nam na prawdę brakowało w Maroku. Ucieszyliśmy się, pomimo że nasz kierowca prowadził jak szalony i nie mówił w żadnym nam znanym języku. Nasz arabski… co ja mówię! po arabsku znaliśmy zaledwie trzy słowa! Więc nasz francuski, to też nie był dobry pomysł. Po krótkiej rozmowie po francusku z jego kolegą przez telefon, rozumieliśmy tyle samo co wcześniej, czyli nic. Jakoś wykombinowaliśmy, że dostaliśmy prawdopodobnie zaproszenie żeby przenocować u naszego nowego znajomego.  Wiedzieliśmy tylko, że wykrzykiwane przez niego ‘Maison, maison!’ oznacza dom, wydatna gestykulacja, która nie pozwalała mu trzymać nawet jednej ręki na kierownicy oznaczała, że jego dom. I tak stwierdziliśmy, że nas zaprasza. Cała sytuacja wyglądała dość nietypowo, ale my nie mieliśmy zbyt dużego wyboru, bo nie uśmiechało nam się spać na ulicy. Poza tym, jak się dowiedziałam podczas dalszego pobytu w Maroku, tutaj wiele sytuacji które wyglądały dziwnie i podejrzanie, wynikały głównie z odmiennego sposobu zachowania i komunikacji Marokańczyków, tak innego od naszych europejskich zdystansowanych dyskusji, że skłaniającego do podejrzeń.

Nasza dziwna sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza, kiedy zatrzymaliśmy się żeby kupić więcej piwa. Potem kierowca zaczął jechać do swojego ‘maison’, w drugą stronę. Zatrzymaliśmy się przy drodze w ciemnościach, wypiliśmy nasze piwo do końca, wyrzuciliśmy butelki aby się pozbyć dowodów, chłopcy się wysikali i podjechaliśmy dalej żwirową drogą pod same drzwi. Pod drzwiami spotkaliśmy policjanta, który zaczął nas wypytywać skąd jesteśmy i co tutaj robimy. Byliśmy zaskoczeni ale też czuliśmy się pewniej i trochę bezpieczniej. Drzwi otworzyła nam kobieta w obcisłym połyskującym dresie w odcieniach beżu. Była umalowana a jej farbowane blond włosy były skrupulatnie wyprostowane i ścięte krótko do ramion. Nie przypominała tradycyjnej muzułmanki. Ucieszyłam się, że nie jestem jedyną kobietą w towarzystwie. Mówiła trochę po francusku, my nie. Była bardzo miła. Zaoferowała nam shishę a nasz znajomy kolejne piwa. Z kuchni dochodził wspaniały zapach. Oboje byliśmy straszliwie głodni. Czekają na obiad, siedzieliśmy w jednym z dwóch, jak się wydawało salonów i patrzyliśmy bezmyślnie w telewizor. To co puszczali w telewizji, kontrastowało wyraźnie z Marokańską rzeczywistością. Nie mogę sobie wyobrazić Marokańskiej rodziny zasiadającej do posiłku, wszystkie kobiety w długich szatach nie odsłaniających chociażby skrawka ciała, podczas gdy w telewizji piosenkarka w samym staniku i szortach, wije się na scenie do jakiegoś dennego hitu. Było w tym coś śmiesznego, z nutą hipokryzji. Kolejna sprzeczność w świecie muzułmanów w Maroku dotyczy picia alkoholu. Publicznie, nikt nie pije, alkohol jest zakazany. Jednak Marokańczycy piją alkohol, nie uważając tego za coś złego dopóki robią to po kryjomu. Poznałam Marokańczyków, którzy sami twierdzili, że ich kraj pełen jest hipokrytów. Chociażby obserwując, jak każdy w Maroku udaje przykładnego Muzułmanina, a potem jedzie do Europy i robi co mu się żywnie podoba. Oczywiście później się do tego nie przyznając. Sama nie wiem czy mogę nazwać to hipokryzją. Nie chciałabym nikogo oceniać, ponieważ nigdy nie żyłam w państwie muzułmańskim. Może mogłabym nazwać to po prostu chęcią wyzwolenia się z ograniczającej rzeczywistości Maroka.

Nasza długo oczekiwana kolacja była tak wspaniała, że wydawało mi się iż nigdy jej nie zapomnę. Jedzenie było najprostsze na świecie: sałatka z pomidorów i cebuli, idealnie upieczony kurczak, chleb i oliwki. Zwyczaj jedzenia palcami w Maroku sprawia, że wszystko smakuje o wiele lepiej! Dowiedziono, że podczas jedzenia palcami człowiek ma większy kontakt zjedzeniem i dzięki temu, czerpie więcej przyjemności z posiłku. To zdecydowanie prawda.  Ja i J. w Maroku próbowaliśmy wszystkiego i wszystko jak leci wcinaliśmy palcami. To było zdecydowanie jedno z najlepszych przeżyć kulinarnych w moim życiu. Po kolacji poszliśmy od razu spać. Gospodyni ułożyła nam miękkie posłania na podłodze w drugim ‘salonie’.  Stwierdziłam, że oficjalnie ją kocham za to wszystko co dla nas zrobiła.

O 7.00 rano zbudziło nas brutalne pukanie w drzwi naszej sypialni. Było tak wcześnie i zimno ale nasz znajomy musiał jechać do pracy, przy czym my mieliśmy 2 minuty na zebranie się. Czułam się strasznie ale nie mogłam nic zrobić. Kiedy wyszliśmy na dwór czekała nas jeszcze jedna niemiła niespodzianka, było na prawdę zimno i PADAŁO! Ile może padać w Afryce?! Wsiedliśmy do samochód w okropnych humorach. Lało jak z cebra więc nie było szans na stanie przy drodze i łapanie stopa. Po minucie podjęliśmy decyzje, że ‘niech będzie ten autobus’ i pojechaliśmy na dworzec. Ponowny wjazd do Casablanki, wśród spalin, klaksonów i rzędów podniszczonych samochodów stojących w korku, zajął nam jakąś godzinę…

 

 

Leave a Reply