Tag Archives: marakesz

handel wymienny

W Marakeszu mogliśmy znowu skorzystać z couchsurfingu, ale postanowiliśmy zaszaleć i wynająć hostel. Wynajęlismy dwuosobowy pokój za jakieś 5 euro za noc, w wykafelkowanym na biało i niebiesko pięciopiętrowym hotelu z prostokątnym patio pośrodku. Wykąpaliśmy naszego nowego przyjaciela, uczesałam go, dałam mu jeść i pić, ale nadal wyglądał bardzo mizernie, co nie przeszkodziło mu drzeć się wniebogłosy podczas kąpieli.

***

Ulice w Marakeszu są pełne ludzi, straganów, motorów, co chwila przejeżdżających z warkotem tuż obok, gotowych w ciebie wjechać, jeśli nie zejdziesz im z drogi. biedaków, żebraków, bogatych turystów, ulicznych grajków, zaklinaczy węży i różnych rzemieślników. W centrum miasta znajduje się ogromny bazar, w którego małych uliczkach można się z łatwością zgubić. Pierwsza część targu, czystsza i bardziej kolorowa jest dla turystów. Nie znajdziemy w niej koziego mięsa oblepionego przez muchy zwisającego z metalowych haków, obitych i brudnych warzyw, stosów zużytej tkaniny i najrozmaitszego badziewia poukładanych na ziemi. Tutaj wszystko jest poukładane na błyszczących straganach, owoce są idealne i wypolerowane, baklawa misternie ozdobiona, piętrzy się przed uśmiechniętymi sprzedawcami. W tej części tradycja targowania powoli traci sens, gdyż bogaci turyści m. in. z Niemiec, Francji, Stanów Zjednoczonych nauczyli sprzedawców, że gotowi są zapłacić każdą cenę. Byłam zaskoczona kiedy niektórzy Marokańczycy nie chcieli się ze mną targować, cena dla turystów została ustalona już dawno i nie ulegała ona zmianie.

Za to jedzenie, można było dostać przepyszne o każdej porze i w każdej cenie!

Piliśmy najlepszy sok pomarańczowy w naszym życiu (zgodnie to potwierdziliśmy), świeżo wyciskany na placu Dżamaa al-Fina, próbowaliśmy każdego przysmaku, który tylko wpadł nam w ręce. Kuchnia Marokańska jest świeża, zawiera dużo przypraw i proste składniki, dzięki czemu jest po prostu wspaniała.

Ostatniego dnia musieliśmy znaleźć naszemu pieskowi bezpieczny dom. Chodziliśmy z nim po Marakeszu, rozmawiając z ludźmi i pytając czy ktoś by go nie przygarnął. Nie umieliśmy się z nim pożegnać, a zachęty sprzedawców do oddania psa, jakoś tylko nas zniechęcały. W końcu na jednym ze straganów wdaliśmy się w miłą pogawędkę ze starszym Marokańczykiem. Obiecał, że zaopiekuje się naszym podopiecznym. J. o dziwo bardzo przywiązał się do małego psa i nie umiał go zostawić, mnie też było smutno. Sprzedawca na zasadzie starej tradycji handlu wymiennego pozwolił nam wybrać sobie coś z jego sklepu. Wygrzebałam starą, trochę zardzewiałą lampkę z kolorowymi szybkami w rombowatym kształcie.

I tak skończyła się nasza przygoda w Maroku. Siedząc na dachu jednego z licznych hosteli, obserwując kolorowe miasto z góry i wsłuchując się ze śpiewy z meczetów, musieliśmy się pożegnać. Pożegnania po takich podróżach zawsze są dziwne, bo nie wiadomo co jeden drugiemu ma powiedzieć po tylu wspólnie przeżytych przygodach. J. miał następnego dnia samolot, a ja wzięłam nocny pociąg do Tangieru. Przespałam całą podróż a rano w portowym mieście jakim jest Tangier, nie było już śladu po orientalnym Maroku. Na miejskiej plaży zaczepił mnie jakiś naćpany chłopak, biegał, krzyczał, tak jakby nie mógł uwierzyć gdzie się znajduje. Ja też nie mogłam. To tak się kończy Afryka? Jako, że nie miałam wystarczająco pieniędzy na prom, musiałam targować się z mężczyzną w okienku przy nowoczesnej kasie biletowej. Zrezygnowany, popatrzył na mnie z pobłażaniem i dał mi zniżkę. Ludzie wokół nie mogli uwierzyć skąd ja się tu wzięłam…