Raj w cieniu gór

Kiedy dotarliśmy do celu, martwiliśmy się nie mając pojęcia co dalej z nami będzie. Kierowca wyładował nasze plecaki z samochodu. Przy drodze na samochód czekały dwie kobiety. Jedna młodziutka o niewinnej twarzy w jeansach, balerinkach i bluzie z kapturem. Druga z nich to była starsza pani w chuście na głowie. Jej spalona słońcem skóra nosiła ślady ciężkiej pracy, a przenikliwie niebieskie oczy spoglądały przyjaźnie. Turyści z Ukrainy razem ze swoim nowym przyjacielem, zniknęli za bramą pobliskiego gospodarstwa, za chwilę kierowcy też już nie było. Usłyszeliśmy tylko ‘let’s go’ od młodej dziewczyny i zdziwieni o nic nie pytając poszliśmy za nią. Dziewczyna miała na imię Marie i była bardzo miła. Chociaż słabo mówiła po angielsku, mogliśmy prowadzić prostą rozmowę i mniej więcej się dogadać. Z tego co pamiętam wówczas mieliśmy zbyt dużo pytań, żeby zacząć od jakiegoś konkretnego z nich. Szliśmy tylko słuchając Marie, która powiedziała nam gdzie będziemy mieszkać. Szliśmy z nią i towarzyszącą jej drugą kobietą d wioski obok. Widoki były cudowne! Podążaliśmy kamienista ścieżką mijając od czasu do czasu jakieś gospodarstwo lub przechodząc przez drewnianą furtkę. Piękno tego miejsca było naturalne, nienaruszone i tylko minimalnie zmienione przez człowieka, który wybudował kilka domków u podnóża ogromnych gór. Rośliny, owady, ptaki, wszystko kipiało życiem. Nasza dróżka biegła w dolinie, w której znajdowało się kilka wiosek otoczonych drobnymi poletkami i pastwiskami. Nad tym wszystkim górowały potężne skalne ściany. Najwyzszym ze szczytów była pokryta śniegiem Uszba, której czubek tkwił wysoko w chmurach. Minęliśmy rwącą rzekę, płynącą z topniejącego górskiego lodowca. Jej lodowaty chłód można było poczuć przechodząc przez przecinający ją mostek. Po drodze spotkaliśmy grupkę znajomych Marie- kilka nastolatków mających wolne od szkoły i włóczących się po okolicy. Wydawali się sympatyczni. Po jakichś 20 minutach spacerem dotarliśmy na miejsce. Stalismy przed starym tradycyjnym wiejskim domkiem. Na trawniku pasły się dwa cielaki, dalej stał wychodek, a za nim buda z psem. Była weranda i ogromny balkon wokół całego pierwszego piętra, chata była cała drewniana i pomalowana na biało. Mieliśmy cudowny widok na Uszbę, klasyczny żeliwny piec, kury, świeże jajka i mleko! Po prostu jak w bajce! Pachniało krowami i wsią, a my bylismy zachwyceni, chociaż nadal niepewni co mamy tutaj robić…. Dowiedzieliśmy się, że starsza kobieta, która nas przywitała jest Mamą i Gospodynią domu. Jej dwie córki, starsza Quenta i młodsza Leti, słabo mówły po angielsku ale były bardzo miłe i pomocne. Była jeszcze babcia, mała staruszka, z pomarszczoną twarzą, zaczerwienionymi oczami i kilkoma zębami. Wszyscy ją uwielbiali za to, że ich rozśmieszałą i o każdego się troszczyła. My też od razu ją polubiliśmy. Dostaliśmy pokój na piętrze. Był duży z pomalowaną na brązowo podłogą, trzema jasnymi oknami, odrywającą się gdzie niegdzie tapetą w kremowe kwieciste wzory i dwoma ustawionymi na środku wygodnymi łóżkami. Po wcześniejszej podróży byliśmy strasznie zmęczni i wyjątkowo GŁODNI. Ci kochani ludzi ludzie już przygotowali dla nas stół z kompotem, herbatą ze świeżej mięty, świeżo zerwanymi wiśniami, dżemem, pysznym serem własnej roboty (który Pawłowi nie smakował bo był za słony), chlebem- pycha!, cukiniami, świeżymi pomidorami i ogórkami. Znowu- jeden z najlepszych posiłków w moim życiu. Paweł jak zykle, zjadł kilka kęsów i się najadł. Nie wiem jak on to robi, bo ja jadłam i jadłam. To było na prawdę wyśmienite. Po posiłku poszliśmy na krótki spacer z Marie i Quentą. Zaprowadziły nas do małego kościółka, którym była murowana chatka z mnóstwem świętych obrazków w środku. Widzielismy pasące się owce, krowy i konie. Przeszliśmy przez lasek i mokradła, piliśmy naturalną wodę mineralną, której ujście było całe zabarwione na rdzawy kolor od nasycenia siarką. Kiedy wracaliśmy do domu padał lekki deszczyk. Na kolacje dostliśmy bardzo dobre słodkie placuszki. Byliśmy tak zmęczeni, że na prawdę wcześnie poszliśmy spać.

Leave a Reply