Przez góry

***
Na dworcu.
Po przejechaniu kilku pustych ulic Tbilisi wjeżdżamy na ciemny plac. W jednym rogu stoi grupka ludzi, trochę niepewnie, z bagażami. Parkujemy. Wszyscy na nas patrzą. Aleko pali papierosa, my zagubieni czekamy co się stanie dalej. Po naszej lewej dwóch mężczyzn rozmawia ze sobą tak swobodnie jakby tu stali codziennie. Jeden z nich chodzi o kulach, bo nie ma prawej nogi. Gdzieś w oddali słychać przeciągłe miauczenie kota. Teraz dopiero zauważamy śpiące na ziemi psy, sprawiające wrażenie martwych. Wypakowujemy plecaki z auta, nadal wszyscy się gapią. Ktoś nas zaczepia, mówiąc, że nasz transport już jest. Wielki srebrny samochód, z siednmioma miejscami dla pasażerów. Aleko dogaduje się z kierowcą co do zapłaty, widać że się znają. Tamten nie robi problemów. Po chwili jednak, wychodzi z samochodu męźczyzna, który jak katarynka nawija po rosyjsku i zaczyna kłócić się z nimi o cenę. Razem ze swoimi współtowarzyszami uzgodnił cenę z przejazd i teraz chcą płacić mniej, a dodatkowo obiera sobie za cel dopilnowanie, żeby nowi pasażerowie płacili tyle samo co oni. Aleko jak zwykle zachowuje spokój i miło wszystko tłumaczy, ale tamten zaczyna się rzucać. W końcu Aleko musi podnieśc głos i ustawić pasażera do pionu. Kiedy wszystko już uzgodnione A. wciska jakieś banknoty kierowcy, a mnie się znowu robi głupio, że za nas płaci. Parę słów na pożegnanie. Dziękujemy mu za absolutnie wszystko. On jak zwykle jest kochany i mówi tylko ‘no problem, no problem’. Klepie mnie po ramieniu i uspakaj, że wszystko będzie dobrze, a Pawłowi jeszcze raz przypomina o kulturze. Przestrzega, że ludzie w górach są inni i nie potraktują lekko takiego zachowania, jakie zaprezentował w Tbilisi, więc ma się mieć na baczności. Nie mogę się nadziwić jakie A. ma wielkie serce. Ostatnie ‘Madloba!’ i wsiadamy do samochodu.
***

Podróż trwała prawie cały dzień. Zaczęła się w małych miasteczkach, ciągnęłą dalej przez pagórki i niskie góry, aż do skalistych szczytów, przez które droga biegła wybistymi serpentynami. Na miejscu byliśmy po 16:00. W jedenaście godzin zmieniliśmy dość znacznie nasze położenie nad poziomem morza. Rano było zimno, potem gorąco,a kiedy dotarlismy do gór znowu zrobiło się zimno. Wyjeżdżając widzieliśmy wspaniały wschód słońca. Potem przejeżdżalismy przez tereny, na których wybudowano identyczne małe domki dla uchodźców, z dachem z czerwonej cegły. Przeznaczone były dla ludności, która uciekła z terenów Gruzji objętych wojną. Kiedy dotarliśmy do górskich zboczy, w krajobrazie dominowały nieduże wodospady, gdzie niegdzie prawie wcinające się w drogę. Czasami przejeżdżaliśmy przes krótki tunele, a raczej arkady wydrążone w skale. Górujące nad nami wspaniałe skalne ściany, w pewnym momencie rozstąpiły się, aby ukazać nam niekończącą się lazurową taflę wody- Tamę Engurges. Była potężna, rozciągała się na całej szerokości w zasięgu naszego wzroku. Woda przelewała się na drugą stronę za pomocą tylko jednej wąskiej śluzy, wpadając do rzeki z odległym grzmotem. Zachwyceni, obserwowaliśmy to całe zjawisko z góry. Było w tym coś pięknego i niesłychanie majestatycznego. Droga w górach była o wiele trudniejsza niż na nizinach, pełna niebezpiecznych zakrętów i nie wyłożona asfaltem. Pełno w niej było dziur,a czasami kamienie lub głazy umożliwiały przejazd tylko jednym pasem. Ponadto na licznych jej odcinkach prowadzono przebudowę, droga wtedy często w ogóle znikała i trzeba było robić skomplikowane manewry aby ominąć koparki, ciężarówki i inne ciężkie maszyny. Oprócz nas w samochodzie jechał Ukrainiec, jego żona i ich przyjaciel. Wszyscy w trójkę wybrali się do Gruzji, żeby pochodzić po górach. Dowiedzieliśmy się, że byli fotografami, czego można bylo się domyśleć już po rozmiarach ich teleobiektywu i po profesjonalnym sprzęcie. Na siedzeniu obok kierowcy siedział jeszcze jeden Gruzin i wyglądało na to, że jeste przewodnikiem całej trójki. Swobodnie rozmawiał z nimi po rosyjsku i opowiadał o różnych rzeczach. Potem okazało się jednak, że po prostu poznali się podczas w podróży. My nie mogliśmy za bardzo włączyć się do rozmowy, bo nie znaliśmy rosyjskiego, więc ułożyliśmy się wygodnie i podziwialiśmy widoki. Po południu dojrzeliśmy na horyzoncie pokryte śniegiem szczyty Kaukazu. Byliśmy prawie na miejscu.

***

Leave a Reply