pomocni Marokańczycy

 Chciałabym napisać, że w tym zimnym kwietniowym dniu tęsknię za ciepłem północnej Afryki, za niebieskim niebem i słońcem. Przypomnieć sobie jak grzały mnie jego promienie i poczuć je niemal na swojej skórze. To niemożliwe,bo wtedy padał deszcz, wiał wiatr i było zimno. Jakże zawiodła mnie Afryka swoim chłodem!

Ledwie weszliśmy na ogromny plac autobusowy, wszyscy zaczęli do nas coś krzyczeć. Chefchauen! Rabat! Marakesz! Przypomniała mi się ruchliwa stacja autobusowa w Gruzji i poczułam się weselej. Bez większych problemów, podążając za okrzykami dochodzącymi ze wszystkich stron, znaleźliśmy się w autobusie do Agadiru.

To złudne, gdy myślisz , że warczący silnik autobusu sygnalizuje szybki odjazd. Jednak to tylko taktyka, taki sposób, żeby przyciągnąć jak najwięcej pasażerów. Autobus buczał, warczał i terkotał jeszcze przez następną godzinę. Między siedzeniami przechadzał się konduktor wachlując się plikiem banknotów, luźno trzepoczących w jego opalonej ręce i pobrzękując sakiewką pełną drobnych monet. Pośpieszał co chwilę wsiadających pasażerów, ochoczo znajdując im miejsca. Organizował, rozsadzał, przesadzał, ustalał gdzie mają siedzieć dzieci. Mężczyźni sprzedający bilety, z plikami banknotów powtykanych między palce, cały czas gdzieś biegali, skutecznie dopełniając wrażenia ogólnego chaosu. Wsiadać, wsiadać jak najszybciej! Nie ma czasu! Zaraz odjeżdżamy!- brzęczy groźnie silnik. Mężczyźni krzyczą, liczą pieniądze, liczą pasażerów, jeszcze raz i raz znowu, przechodzą wzdłuż autobusu tam i z powrotem. Do tego, co jakieś 2 minuty we wnętrzu autobusu pojawiała się nowa osoba, żeby coś sprzedać. Niektóre produkty zasługiwały na specjalne przemówienie. Sprzedawca stawał na środku wozu i wygłaszał krótką mowę zachwalając jakiś produkt, który zaraz potem pasażerowie (o dziwo!) chętnie od niego kupowali. Oprócz tego sprzedawali słodycze, jogurty, napoje, chusteczki, kolorowe zabawki i buty. Byliśmy głodni i kupiliśmy czekoladę, czekoladopodobną masę z orzechami tu i ówdzie. Bez smaku.

Autobus ruszył. Jechał dokładnie tą drogą, której myśmy tak usilnie szukali aby dojechać do Agadiru. Szkoda, że nie mogliśmy jej znaleźć wcześniej. Deszcz przestał padać jak tylko usiedliśmy, już przemoczeni, w zatłoczonym autobusie. Krajobraz się zmieniał na bardziej suchy i pustynny. Tuż przed Marakeszem za oknami było widać duży płaskowyż w ceglanym kolorze. Gdzieniegdzie wyrastały z ziemi ciemnozielone palmy i kępki trawy. Niebo stało się jakieś większe, a chmury tworzyły na nim niepowtarzalne układy, rozpościerając swoje cienie na tej pełnej brązowego pyłu płaszczyźnie. Było pięknie, tak obserwować ten odmienny świat z okna autobusu. Dojeżdżaliśmy do Marakeszu. Tam był przystanek. Niektórzy pasażerowie wysiedli, inni zajęli ich miejsca. Znowu zamieszanie, znowu sztuczka z silnikiem i nieugięci sprzedawcy.

J. czytał książkę a ja obserwowałam ludzi dookoła.

Dochodzę do wniosku, że to niesprawiedliwe, jak postrzegani są Marokańczycy przez Europejskich turystów.

Bardzo często spotykałam się z opinią, że tzw. ‘naganiacze’ chcą  za wszelką cenę opchnąć jakiś towar albo oferują z uporem maniaka swoje usługi. Z punktu widzenia turystów, to nie tylko nieuprzejme ale niezwykle męczące. Jednak dlaczego nie spojrzeć na to z drugiej strony?

Postawiliście się kiedyś w sytuacji takiego przeciętnego Marokańczyka, którego jedynym źródłem zarobku są turyści?

Ludzie żyjący w Maroku są o wiele biedniejsi od większości Europejczyków, i to nie tylko tych bogatych Europejczyków. Bo tutaj bieda to co innego, to brak mieszkania, mieszkanie w prymitywnych warunkach, bez elektryczności, dostępu do czystej wody, bez niezbędnej żywności. Na prawdę nie aż tak trudno to zauważyć. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i dokładniej przypatrzeć zwykłym ludziom na ulicy, jak bardzo są wychudzeni lub jak czasami smutne są ich twarze, przybierając tylko wesołą maskę dla turystów.

Biorąc pod uwagę jak biedne jest Maroko, to liczba tutejszych żebraków nie jest wcale relatywnie wysoka. Z podziwem obserwowałam tu ludzi podejmujących się najbardziej błahych zadań i z dumą nazywających je pracą. Nie ważne, czy jest to dźwiganie czyichś bagaży w starej taczce, sprzedawanie badziewnych pamiątek czy pomaganie w szukaniu hotelu lub robienie za przewodnika, to próby działania są godne podziwu. Osobiście szanuję ich za to, że zamiast się poddać i narzekać, starają się jak mogą, zmuszają do uśmiechu, krzyczą, żartują, znajdują dość energii aby przetrwać kolejny dzień.  W Maroku często się widzi nadmiar osób asystujących przy banalnych pracach, pomagających podróżnym, parkujących samochód, czy przeprowadzających dorożkę z osłem na drugą stronę ulicy. Zdumiewające jest to, że każdy chce pracować, każdy chce się do czegoś przydać i niesprawiedliwą jest opinia, że wszyscy chcą tylko pieniędzy. Kiedy da się im do zrozumienia, że nie mamy pieniędzy, większość z nich nie wycofa swojej oferty i pomoże za darmo, lub za niską cenę, która de facto samym im się niewiele opłaca. Wystarczy krótkie wytłumaczenie, rozmowa, wyjaśnienie naszej sytuacji. Ignorancja i poirytowanie nic tu nie pomogą, a mogą tylko pogorszyć sytuację i wprowadzić nas w jeszcze gorszy nastrój. Chyba w żadnym dotychczas odwiedzonym kraju nie spotkałam tyle pomocnych ludzi co w Maroku! I to właśnie dzięki nim pokochałam ten kraj.


Leave a Reply