LUDZIE SĄ TAK RÓŻNI…

DSC04222

Ludzie są tak rożni, że nie sposób tego nigdzie opisać.

M. jest ateistą. Nie wierzy w nic. Chciałam pojąć jego przekonania, poznać jego wiedzę i zrozumieć. Uczy mnie. Rozmawiamy, a on podaje argumenty przeciw religii. Mówi, że to pomysł ludzi, wszystko zostało wymyślone, dla pieniędzy, żeby wykorzystywać biednych, pogłębiać różnice społeczne, żeby bogaci byli jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi.

Religia została stworzona, nie przez Boga, ale przez tych inteligentnych i wykształconych, żeby oszukiwać niewykształconych. Najlepszy biznes świata. Wystarczy spojrzeć na bogactwo i przepych Watykanu.

To zadziwiające, że było tak łatwo okłamać ludzi. O tym, że czeka ich lepsze życie  w niebie, jeśli tylko będą wierni kościołowi. Gdy byli pełni nadziei na cudowne życie wieczne, bieda nie doskwierała im tak bardzo, nie chcieli się bogacić.

Rozmawialiśmy także o różnicach między religiami, o ich bezsensie, i o tym jak zostają podsycane przez kościół. Ludzie, wyznając określoną religię  przekonują się, że tylko ta jest właściwa, a wszystko inne to kłamstwo. Tak są uczeni, kościół zachęca ich do braku tolerancji, podkreśla różnice społeczne.  ‘Inni’, obcego wyznania, są tak odmienni  że w pewnym momencie kończy się akceptacja. Słuchając ‘głosu kościoła’ niektórzy zaczynają wierzyć, że drugi człowiek może być wrogiem.

Według M. wszystkie wojny na świecie, maja miejsce, dlatego że zmusza się żołnierzy do wierzenia w to co wygodne, najczęściej wykorzystując religię jako argument do swoich racji.

Kiedy robimy coś dobrego, to przecież nie dla Boga, powinniśmy to robić dla siebie nawzajem, mówi.. Nie dlatego, że liczymy na życie wieczne. Nie możemy zastąpić miłości do drugiego człowieka, miłością do Boga, którego istnienie jest wątpliwe. To przecież nie Bóg nam pomaga tylko inni ludzie.

To przez religię nadal jesteśmy zacofani, a większość świata żyje w biedzie. To religia była głównym przeciwnikiem postępu i nauki. Zabraniała się rozwijać. W niektórych częściach świata nadal tak jest.

O tym wszystkim mówił M. Ale, czy to prawda? Czy w to wierzyć? A może raczej, czy nie wierzyć?

Czy przez te setki lat wznoszono wszystkie kościoły, synagogi, świątynie i meczety na darmo? Czy na prawdę nikt nie słyszy naszych pytań, próśb, błagań, błogosławieństw?

Pielgrzymi padający na świętej ziemi Mekki, dymy wznoszące się każdego ranka nad Gangesem, medytacje, dążenie do doskonałości, czystości. To wszystko nie ma znaczenia? Nie ma jeszcze jednego życia? Jeszcze jednego wcielenia?

Nie można zaprzeczyć, że ateizm jest ‘superlogiczny’, ale zarazem smutny. Bo to znaczy, że nie możemy odnaleźć naszej miłości w kolejnym wcieleniu, nie możemy umierać z nadzieją, że spotkamy tych których kochamy po śmierci.

 

 

 

CZY MOŻNA UFAĆ MAROKAŃCZYKOM?

03.04.2012

W końcu udało nam się wstać wcześnie. O 10 rano byliśmy w autobusie do granicy. Jechali nim sami Marokańczycy i my. Na marokańskiej granicy  zaczął padać deszcz! Kiedy wyszliśmy spod zadaszenia, lało tak mocno, że musieliśmy na chwile przystanąć aby się schronić pod jakimś marnym kioskiem. Jednak zanim to nastąpiło, i tak zdążyliśmy przemoknąć do suchej nitki. Cudownie, pomyślałam. Afryka i pada deszcz! Wtedy jeszcze nie wiedziałam ze o tej porze roku na południu Hiszpanii i północy Maroka zazwyczaj pada. Wszyscy taksówkarze coś do nas krzyczeli, ale myśmy szli przed siebie, w deszczu. Szliśmy nie rozumiejąc co mówią, ani nie zwracając na nich uwagi. Kiedy w końcu, już w nieco gorszym humorze, zaczęliśmy łapać stopa, musieliśmy co pól minuty odganiać jakąś taksówkę. Niestety łapanie stopa, szczególnie na północy Maroka wiąże się z nieustannym odmawianiem taksówkarzom którzy co chwila zatrzymywali się dla nas na poboczu.

Kiedy odeszliśmy kawałek od granicy, większość taksówek gdzieś się ulotniła. W ogóle przejście przez granice i odprawa, w moim mniemaniu, przebiegła trochę dziwnie. Po pierwsze była tylko jedna ‘granica’ a nie dwie, jak to zawsze na granicach bywa:P, a po drugie do paszportu dostaliśmy tylko pieczątki bez żadnych opłat za wizę.

Jak już opuściliśmy granicę, łatwo zatrzymaliśmy samochód z dwoma Marokańczykami, którzy jechali do Tetuanu. My zamierzaliśmy jechać do Chefchauen (trochę zmieniliśmy nasze poprzednie plany i postanowiliśmy odwiedzić Chauen przed Casablanca). Kierowca Muhammad wytłumaczył nam , ze on pochodzi z Chefchauen ale dzisiaj jedzie tylko do Tetuan. Jego ojciec niedawno zmarł i musiał się stawić w sądzie w Tetuan, żeby podzielić majątek. Jego kolega wysiadł jakieś trzy przecznice później i dalej pojechaliśmy już tylko z Mohhamadem. Z kolei Muhammad po jakichś 15 minutach zmienił zdanie i stwierdził ze jedzie do Chauen razem z nami, odwiedzić swoja rodzinę i zostać jeden dzień. Super! Z M. się jechało bardzo fajnie, tym bardziej, ze wiedzieliśmy ze nas dowiezie do celu. Po drodze zostaliśmy zaproszeni na obiad- grillowaną jagnięcinę, oliwki, chleb, oliwę z oliwek, świeże warzywa i oczywiście marokańską herbatę, czyli napar ze świeżej mięty z dużą ilością cukru. UWIELBIAM MAROKAŃSKĄ HERBATĘ!

Kiedy dotarliśmy do Chefchauen, padało. Szczyty gór, które otaczały miasteczko we wszystkich kolorach błękitu, tonęły we mgle. Mokre ulice były pełne ludzi, samochodów i zwierząt. Zauważyłam, że kobiety z Chefchauen ubierają się tradycyjnie. Maja długie płaszcze i generalnie zakryte włosy. Mężczyźni tez w większości noszą charakterystyczne długie pasiaste okrycia, ze szpiczastym kapturem- jelaby. Każde miasto w taka pogodę wyglądałoby pewnie ponuro, ale nie Chefchauen. Ze swoimi charakterystycznymi niskimi domami, pomalowanymi na biało- niebiesko, przypominał tajemniczą górską osadę. Było wilgotno, mgliście i zimno. Jednak mimo to, atmosfera tego miasta była magiczna. Ludzie na ulicy co jakiś czas nas zaczepiali. Mieli do zaoferowania zazwyczaj nocleg albo niewielki kawałek haszyszu. Chodziliśmy miedzy kałużami, zastanawiając się gdzie będziemy dzisiaj spać. Nieco zmęczeni i zmarznięci, kupiliśmy paczkę marokańskich papierosów i poszliśmy na herbatę. Wybraliśmy najbardziej obskurne miejsce na całej ulicy (takie własnie miejsca zazwyczaj są najciekawsze i najbardziej prawdziwe, bo nie ma w nich turystów), ale za to z ogromnym tarasem, z którego mogliśmy obserwować przechodniów i ogrzać się trochę w słońcu,  wychodzącym właśnie zza chmur. Pijąc herbatę i paląc papierosy, patrzyliśmy na ulice zaledwie metr pod nami. Ilość ludzi i samochodów była niewiarygodna. Naprzeciwko było kilka straganów, w tym stragan z kurczakami. Wpadliśmy nawet na pomysł żeby kupić jedna kurę, która dotrzymywałaby nam towarzystwa. Jednak po uświadomieniu sobie ile razy na dzień taka kura defekuje, odpuściliśmy.

Z czasem jak robiło się powoli ciemno, straciliśmy nadzieje na to, że odezwie się ktoś z couchsurfingu. Zgodziłam się z Jackiem, że powinniśmy poszukać jakiegoś hostelu. Najtańszym jaki znaleźliśmy w przewodniku J. był Hotel Mauretania, wiec poszliśmy go odnaleźć. Wcześniej odbyliśmy długą dyskusję z kelnerem na temat tego, ile mamy zapłacić, z której mało co rozumieliśmy, wiec zostawiliśmy go dość zadowolonego, z 6 dirhamami. Szukaliśmy i szukaliśmy, wchodząc coraz głębiej w labirynt małych niebieskich uliczek, aż w końcu to my zostaliśmy znalezieni (przez tzw. naganiaczy). Jakiś mężczyzna w jelabie podszedł do nas i spytał czy szukamy hotelu Mauretania. Nie ufaliśmy za bardzo ludziom dotychczas zaczepiającym nas na ulicy, więc trochę niepewnie, ale jednak poszliśmy za nim. Poprowadził nas przez turystyczną cześć miasta, której dotychczas nie odkryliśmy a potem jeszcze mniejszymi niebieskimi uliczkami. Byliśmy pewni, ze zaraz znajdziemy się w jego sklepie albo w jakimś zupełnie innym hotelu. Aczkolwiek, ku naszemu zdziwieniu, znaleźliśmy się dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Mężczyzna, który stal w drzwiach hostelu oznajmił nam, ze są ”full’ i chyba nie był nas skłonny wpuścić do środka. Z kolei jego koledzy z hostelu obok zaczęli nas zapraszać do siebie. poszliśmy więc:)

Wewnątrz, ściany były wyłożone mozaikami , a sufity biało- niebieskie. Jeśli się stanęło na środku pomieszczenia recepcji, można było zobaczyć wszystkie pietra otaczające centralną prostokątną przestrzeń.

Recepcjonista hostelu miał dla nas dwie opcje- dormitorium, albo namioty na dachu. Dormitorium wyglądało jak w każdym innym hostelu, a dach był na prawdę ‘cool’! Składały się na niego dwa namioty, pokryte wodoodpornym ‘daszkiem’, były z kolorowych wyszywanych materiałów, w środku wyłożone marokańskimi arrasami, a na podłodze, na rozłożonych miękkich dywanach leżały wygodne materace zaopatrzone w koce i wzorzyste poduszki. Oczywiście wybraliśmy dach, próbując po raz pierwszy się trochę targować – dostaliśmy 10 dirhamow zniżki:)

Po rzuceniu mojego plecaka na łóżko i umyciu rak, poszłam zobaczyć widok z samej góry budynku, w którym mieścił się nasz hostel. Był niesamowity- chmury kłębiące się nad błękitnymi dachami, za którymi zachodziło powoli żółte słońce. Jego ostatnie promienie  podświetlały ich kontury, a w całym mieście słychać było nawoływania do modlitwy. Najciekawsze jest to, że z każdego minaretu melodia zaczynała dochodzić trochę później, tak więc najpierw słychać było jeden głos, do którego za chwile dołączał drugi, następnie trzeci, tak aby po minucie połączyły się w donośny chór głosów  unoszących się nad wszystkimi meczetami w mieście.

Było w tym coś magicznego i orientalnego. Coś, co sprawia, że człowiek uświadamia sobie- nie jestem już w Europie, tylko w zupełnie innym świecie…

Świecie o odmiennej kulturze, której tajemnice są w stanie pojąc tylko jego mieszkańcy.

Za to my, nic nie pojmujący Europejczycy, słuchając  melodii z minaretów, zdajemy sobie sprawę, o zawartej  w niej świętości. Czyli tym, co dawno już zostało zapomniane w naszej tak bardzo ‘rozwiniętej Europie.

Z tyłu hostelu rozpościerały się ogromne góry, ze swoimi ciemnymi, porośniętymi gęstym lasem szczytami, ukrytymi w białej mgle.

Po krótkim odświeżeniu się, a tak na prawdę bez żadnego większego odświeżenia poszliśmy na kawę do kuchni piętro niżej. Okazało się jednak, że za kawę trzeba było dosyć sporo płacić, więc zamiast tego przyjęliśmy propozycję drinka od dwóch sympatycznych Australijczyków- Cooper’a i Brandon’a. Spotkaliśmy ich we wspólnym salonie. Poczęstowali nas wódką z wodą sodową, wyśmienitą po całych dniu w deszczu. Siedzieliśmy sobie, gawędząc z nimi  i pijąc nasze drinki z dziwnych małych kubeczków. Mężczyzna będący pracownikiem hostelu cały czas nas bacznie obserwował. Opowiadaliśmy sobie w skrócie historię naszych podróży po Maroku. Brandon i Cooper przylecieli do Maroka z Oslo, bo właśnie tam studiowali. Wylądowali w Fezie, a stamtąd autobusem trafili do Chefchauen. Byli bardzo sympatyczni i otwarci. Narzekali trochę na swoje mokre buty, do których wsadzili stopy w plastikowych workach. Pomimo braku odpowiedniego obuwia, wcześniej tego dnia postanowili się wybrać na szczyt jednej z gór otaczających Chefchauen. Polubiłam ich przez to, że chcieli jak najwięcej zobaczyć, nawet jeśli miałoby to być w nieprzestającym padać deszczu. Po krótkiej rozmowie Australijczycy zaproponowali żebyśmy poszli razem z nimi na miasto, na spotkanie z wcześniej poznanym marokańskim przyjacielem. Nie chciało mi się wierzyć w tego ‘przyjaciela’, a to dlatego, że jedną z taktyk tutejszych handlarzy jest ‘zaprzyjaźnianie’ się z turystami. Całe to przyjacielskie nastawienie często jest tylko po to, aby namówić ich na zakupy. Przyjęłam jednak propozycję, gdyż i tak nie miałam nic lepszego do roboty. Jeżeli już płaciliśmy za nocleg w hostelu, to chciałam poznać ja najwięcej ludzi.
Dołączyli do nas: Jeremy- kolejny Australijczyk, który po wyprawie przez całą Amerykę Południową i środkową, w końcu trafił do Maroka, Joe- kolega z Texasu, który wydawał się tak pobudzony jakby był na speedzie, super sympatyczny, Hiszpanka z Barcelony i Niemiec, który mieszkał w Barcelonie. Jack zdecydował, że nie idzie z nami. Tłumaczył się zmęczeniem po podróży i złym samopoczuciem po wypitym drinku. Przełamując moją nieśmiałość poszłam sama z tą wesołą grupa nieznajomych. Okazało się, że mamy się spotkać w pobliskim sklepie. Przed wejściem, powitał nas Kolega(niestety nie pamiętam jego imienia), który miał na sobie świetne kolorowe marokańskie szaty. Jego twarz była okrągła, ciemna i uśmiechnięta, na głowie miał błękitno- niebieski turban, spod którego wystawały karbowane sztywne loki. Górę dżinsów zakrywała długa Dżelaba a na szyi zawieszona była druga chusta, tym razem kolorowa. Poza tym cały czas sobie chodził, a może bardziej tańczył w miejscu, sprawiał wrażenie bardzo pozytywnego. Kiedy weszliśmy do środka, poznaliśmy Omara. Zaczął z nami rozmawiać i pytać skąd jesteśmy. Nagle okazało się, że Joe zna arabski i zaczął zupełnie swobodnie rozmawiać z Omarem po arabsku.  Wytłumaczył mi później, że nauczył się klasycznego arabskiego (ponieważ jest dużo dialektów) podczas pięciomiesięcznego pobytu w Jordanie. Pamiętam, że strasznie mu tego zazdrościłam.  Przysłuchiwaliśmy się więc ich rozmowie, jednak w pewnym momencie wcale nie brzmiała już jak arabski.  I tutaj niespodzianka! Dzięki najbardziej niesamowitemu zbiegowi okoliczności obydwoje potrafili mówić też po Japońsku. To dziwne, że w małych sklepiku w Maroku, oto nagle spotykają się Marokańczyk i Amerykanin i rozmawiają w języku państwa odległego o tysiące kilometrów!
Omar nauczył się japońskiego organizując wycieczki dla turystów z Japonii, Joe chyba był w Japonii… Wszyscy byliśmy w szoku obserwując ich konwersację. To było niesamowite! Uznaliśmy to zgodnie za znak, że powinniśmy być właśnie tutaj, z tymi osobami. Australijczycy przynieśli ze sobą rum 56 procentowy, który smakował jak bimber. Joe przyniósł wódkę. Wszyscy przeszliśmy zatem do tz. ‘drinking section’, która mieściła się na tyłach sklepu. Każdy dostał po drinku i zaczęliśmy rozmawiać. Zadowolona z tego międzynarodowego towarzystwa rozmawiałam ze wszystkimi. Na wszystkich chyba trochę podziałał alkohol, już nie byliśmy nieśmiali. Omar opowiadał mi o swojej wyprawie autostopem przez Stany Zjednoczone, Jeremy mówił o swoich niesamowitych podróżach, miał w sobie wewnętrzny spokój, dzięki temu wzbudzał moją sympatię, Joe już wesoły nie przestawał paplać:) Joe to normalnie było ADHD do kwadratu. Opowiadał mi,ze mieszka w tym roku w Sevilli i jest na czymś w rodzaju erasmusa. Cały czas krzyczał (tak, w pewnym momencie zrobiło się tak głośno, że wszyscy musieli do siebie krzyczeć) do mnie ‘darling!’, lub w wersji arabskiej ‘habibti’, haha. Był radosną przemiłą osobą. Z Cooperem rozmawiałam o jego fascynacji Islandią, o tym, że ma tam dziewczynę  jak to Brandon twierdzi, że jego zęby są wielkie od czasu kiedy zgolił brodę. Najfajniejsze było to, że wszyscy mówili po angielsku i z każdym miałam pełno tematów do rozmów (nawet jeśli wiele z nich to były po prostu głupie żarty- patrz wyżej;)). Następnie przeszliśmy do haszyszu. Chefchauen to miejsce znane z najlepszego haszyszu w całym Maroku. Był na prawdę mocny. Paliliśmy nie tylko jointy ale także ‘KIF’. To jeden z najstarszych, tradycyjnych sposobów palenia haszyszu. Używa się do tego długiej cienkiej drewnianej lufki. Najczęściej ręcznie rzeźbionej o ładnym smukłym kształcie. Ważne jest to, żeby nie palić po trochu, tylko podpalić końcówkę lufki i wciągnąć wszystko na raz. Koniec trzeba zakryć lekko dłonią. gdyż całe wdychane powietrze, wywołuje ciśnienie, które robi ‘pyk!’i wiórki i popiół lecą na boki.
Kif jest bardzo mocny. Nam turystom wystarczy jedno zaciągnięcie i już mamy dosyć.

Omar zaczął grać na bębenkach, który miały niesamowite brzmienie, miał przy tym nieomylne wyczucie rytmu. Poprosiłam, żeby zagrali na instrumencie, który leżał w kącie sofy i wyglądał jak wysłużone, trochę większe ukulele. Dając znak, że się zgadzają zaczęli wołać Yussufa. Mówili o nim ‘spiritual man’. Yussuf miał siwą brodę i intensywnie niebieski turban na głowie. Tłumaczył nam, że muzyka z tego instrumentu- Gnawa Guimbri była używana, aby wprowadzić ludzi w trans. Nazywana ‘spiritual music’, czyli po marokańsku Gnawa [Gnała]. Wszyscy spotykali się, paląc haszysz i sl€chają utalentowanego muzyka grającego Gnawa. Yussuf z pewnością był utalentowany. Szarpiąc trzy struny, zrobione z prostego rzemienia, wydobywał z instrumentu piękną, spokojną, egzotyczną muzykę.
Po chwili dołączył do nas Tofik, który grał na drugiej parze bębnów. Wszyscy zaczęli grać i śpiewać, a kolega, żeby wyrazić swoją radość tańczył i klaskał. Muzyka była prosta, ale miała ujmujący rytm, który wnikał gdzieś głęboko w nas.
Marokańczycy założyli Brandonowi niebieski turban, który w połączeniu z jego dżinsami i koszulą w kratkę wyglądał prześmiesznie. Kolega próbował mnie przekonać, co do marokańskiej kobiecej mody, której ja osobiście nie byłam fanką. Miała zdecydowanie za dużo świecidełek i jaskrawych kolorów, a tkaniny to były głównie sztuczne poliestry. Mając jednak nadzieję, że Kolega znajdzie coś dla mnie, dałam sobie założyć na głowę wściekle różowy turban w złotożółte wzory. No cóż, chyba jednak nie zostałam przekonana…Jeremy dostał błyszczącą złoto- niebieską togę i niebieski turban. Marokańczycy dumni, powtarzali, że wygląda jak emir, czyli król.
Było zabawnie. Yussuf, który grał najlepiej, pił czystą wódkę i  najwięcej. Jednak był najbardziej trzeźwy. Jako najstarszego wszyscy darzyli go szacunkiem i słuchali. Mówił nam, jak wiele radości sprawią mu fakt, że pomimo różnych narodowości i różnych języków, siedzimy tu wszyscy razem, ciesząc się swoim towarzystwem. Rozumiemy się, pomimo iż to rządy naszych państw stwarzają ciągłe nieporozumienia. Mówił iż to dowód na to, że ludzie są dobrzy wszędzie, pragną tego samego, pragną pokoju i spokojnego życia. Był bardzo mądry. Mówił tak, jak powinien mówić starszy człowiek, żeby nauczyć młodszych, więc wszyscy siedzieli i słuchali. Dawał nam rady. Mi, ze względu na moją wieczną wędrówkę, poszukiwanie celu, brak domu, powiedział, że prawdziwym domem są ludzie. Wiedziałam, że ma racje…
Marokańczycy dużo mówią o sensie życia, o poszukiwaniu, o uczuciach, wątpliwościach, które towarzyszą nam każdego dnia, o tym co ważne. Głęboki, mistyczny charakter tych rozmów, może się wydawać przesadą dla przeciętnego Europejczyka. Ja jednak uważam, że moglibyśmy częściej i my poruszać takie tematy. Czasami wstydzimy się zbyt wielu rzeczy.
Trzeb tutaj dodać, że to wszystko nie było wywołane ilością wypalonego haszyszu, gdyż jakkolwiek był fantastyczny, jego efekt pojawił się trochę później.
Najpierw zaczął Brandon, jego śmiech rozbawił już wszystkich. Potem ja z Cooperem, śmiejąc się głównie z Brandona, a potem z nami cała reszta. Najbardziej nakręcał nas śmiech Tofika i Yussufa, bo był najbardziej dziwaczny. Były momenty, kiedy sobie uświadamialiśmy, że to co się odbywa, jest co najmniej dziwne i to nas na chwile uspokajało. Ale potem, wystarczyło tylko jedno spojrzenie na Brandona, który w swoim turbanie płakał ze śmiechu i po chwili, znowu nie mogliśmy się opanować. Wszyscy byli rozbawieni do łez. Do teraz pamiętam ich twarze.
Z kolei, ten moment zastanowienia, ja zawsze w takich sytuacjach, pozwala mi dojrzeć pewien smutek. Wiedziałam, że Marokańczycy palą, żeby zapomnieć o otaczającej ich rzeczywistości.
Jakkolwiek Maroko może się wydawać atrakcyjne dla turystów, jako pełne uśmiechniętych, cieszących się życiem Marokańczyków, trzeba wiedzieć, że często to tylko przykrywka. Jeśli przyjrzeć się bliżej, poobserwować ulicę z okna autobusu, można łatwo zobaczyć, że mieszkańcy Maroka są w większości bardzo biedni. Zauważalny jest brak dostępnej pracy, czasem brak jedzenia. To właśnie dlatego są tacy nachalni próbując coś sprzedać turystom. Dlatego również wynajduja najróżniejsze sposoby na zarobienie odrobiny pieniędzy. Tak na prawdę, można powiedzieć, że jak na taką biedę, to i tak rzadko zdarzają się ludzie żebrzący.  Podziwiam Marokańczyków za to, że się nie poddają, tylko próbują zarobić pieniądze na wszelkie różne sposoby. Nawet jeśli jest to sprzedawanie najbardziej niedorzecznych towarów na ulicy, lub oferowanie najdziwniejszych usług.
Tego wieczora rozmawialiśmy i śmialiśmy się jeszcze bardzo długo. Żal nam było wracać do hostelu, bo wiedzieliśmy, że jutro wyjedziemy. Ja sama niechętnie wróciłam do niemożliwie zimnego namiotu na tarasie, znajdując Jacka kompletnie pogrążonego we śnie. Szkoda, nawet nie wie ile stracił…

 

 

 

Wskazówki dla początkujących

WYPRAWA INDIE PAKISTAN- WSKAZÓWKI

Przez to, że ostatnio brałam udział w konkursie, w którym musiałam opisać moja podróż po Indiach i Pakistanie, mam tutaj cały długi wyczerpujący opis. Niestety, do konkursu obowiązywał limit znaków, więc moja historia została znacznie okrojona. Tutaj podaję pełną, znacznie ciekawszą i barwną wersję. Mam nadzieję, że jeśli ktoś to kiedyś przeczyta, to może chociaż trochę mu się to kiedyś przyda w jego własnej podróży:) Continue reading Wskazówki dla początkujących

PO RAZ PIERWSZY OPUSZCZAM EUROPE

BYLIŚMY W AFRYCE ALE NIE CAŁKIEM. CEUTA, MAŁE MIASTO NA KONTYNENCIE AFRYKAŃSKIM, NALEŻĄCE DO HISZPANII, TO DLA WIELU PRZEPUSTKA DO EUROPY. STAMTĄD PRZEMYCANY JEST SŁAWNY MAROKAŃSKI HASZYSZ, TKANINY, KAMIENIE, ANTYKI. TO WSZYSTKO DLA BOGATYCH EUROPEJCZYKÓW. MAROKO I HISZPANIĘ ODDZIELA  STREFA NEUTRALNA, KTÓREJ PILNUJE WYBUDOWANY PRZEZ HISZPANÓW MUR. MA DŁUGOŚĆ 11KM I WYSOKOŚĆ 3 METRÓW, Z REGULARNIE ULOKOWANYMI WIEŻYCZKAMI PATROLOWYMI. KOSZTOWAŁ HISZPANIĘ 33 MILIONY EURO.

Postanowiliśmy z Jackiem (moim angielskim towarzyszem podróży) dostać się do Afryki promem. Razem z parą zaprzyjaźnionych Hiszpanów- Pilar i Juanem. Płynęliśmy z Algeciras do Ceuty, ich rodzinnego miasta. Jeżeliby podliczyć cenę biletu autobusowego i promu, to szczerze mówiąc taniej można by kupić lot z Polski . No ale cóż, zapłaciliśmy i znaleźliśmy się na Afrykańskim kontynencie choć nadal w Europie, bo Ceuta to miasto należące do Hiszpanii.

01.04.2012Spałam u rodziny Pilar. Mieszka w małym domku w Ceucie razem ze swoim bratem, mamą, tatą i babcią, która cały czas okupuje kanapę w salonie.

Właśnie był czas ‘almuerzo’ i wszyscy razem jedliśmy tortille,która była SUPER DUŻA I SUUUPER TŁUSTA, z ziemniakami i papryka. Do tego ‘boquerones fritos’, czyli smażone śledzie, obtoczone najpierw w mące. Wszystko wyśmienite i co w hiszpańskiej kuchni nie zawsze jest oczywiste- ciepłe, wiec pasowało idealnie do deszczowej pogody. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy- dlaczego Hiszpanie nie używają soli??! Wszystko jest pyszne ale nie ma smaku… Dlatego nie mogłam się doczekać marokańskiego jedzenia.

Pilar mieszka w małym, ciemnym domu, co w zasadzie jest typowe dla Hiszpanii. Są tak przyzwyczajeni, żeby chronić się przed słońcem, nawet zimą opuszczają rolety i zasuwają zasłony, co często nadaje ich mieszkaniom ponury wygląd. Rodzina spędza dużo czasu razem, mama cały czas sprząta i woła do mnie ‘ija’ albo ‘chiquita’, jest miła. Nie wiemy co mamy robić z Jackiem, bo ciągle pada deszcz. Nie chce tutaj tkwić zbyt wiele czasu, tym bardziej, że na razie wcale nie czuję, że jestem w Afryce. Pomimo to,  nie chce być niemiła i  tak od razu wyjeżdżać. Wczoraj byliśmy na jakiejś imprezie z Hiszpanami i było fajnie, tylko.. tak jak zawsze.. Chciałabym zacząć już podróżować autostopem, zobaczyć coś więcej, a nie płacić  za horrendalnie drogi autobus i prom i spędzać kolejna pijacka noc w Hiszpanii. Potrzebuje zmiany! Chyba pojedziemy jutro do Casablanki.

02.04.2012

Byliśmy zbyt zmęczeni żeby wstać wcześnie i jechać do Casablanki, wiec powłóczyliśmy się tylko trochę po mieście , a wieczorem poszliśmy zjeść famoso “Campero”, czyli ogromna kanapkę, ze wszystkim.

Pamiętajcie!  Jeżeli kiedykolwiek będziecie chcieli zjeść całego Campero, kupionego w tej budce, w której ja go kupiłam (zaraz za posterunkiem policji i strażą pożarną), nigdy nie popijajcie go półlitrową butelka San Miguela!!!
Campero był wspaniały. Piwo też. Jednak gdy wstałam, poczułam, że przeliczyłam fizyczne możliwości ludzkiego organizmu i mało brakowało aby Campero wylądował z powrotem na ulicy. Wszystko jednak skończyło się dobrze. Wróciliśmy do domu- ja do Pili, a Jack do Juana i poszliśmy spać.

Zostawiłam wszystkie farby i płótna…

IMG_1448

Zostawiłam wszystkie farby, płótna i pędzle w starym mieszkaniu. Mam problem z wyrażaniem swoich emocji, wiec muszę się posługiwać takim starym i niepraktycznym sposobem jak przelewanie ich na papier. Ale, że jestem też trochę sentymentalna i lubię mieć przy sobie te wszystkie wspomnienia na papierze czy innych  przeróżnych skrawkach materiału, to denerwuje mnie, że wszystkie emocje, przy licznych przeprowadzkach, giną lub poniewierają się gdzieś po kątach. Zostawię je więc tutaj w posegregowanej bazie danych internetu.

Dejé toda la pintura, lienzo y los pinceles en el apartamento viejo. Tengo un problema con la expresión de mis emociones, así que tengo que usar la manera vieja y poco práctica para trasladarlos al papel. Pero también soy un poco sentimental y me gusta llevar a todos esos recuerdos en papel o otros varios restos de material, me molesta que toda la emoción, el número de movimientos, se pierden o desaparecen sin darme cuenta. Entonces voy a dejarlo aquí, en la base segregada, de los datos de Internet