Opuszczamy Gruzję

 

Według starej gruzińskiej legendy, gdy Bóg dzielił ziemię między narodami, Gruzini spóźnili się, bo siedzieli na suprze. Gdy Bóg spytał o przyczynę spóźnienia odpowiedzieli, że wznosili długie toasty winem na jego chwałę. Bogu spodobała się ta odpowiedź i widząc jakim są radosnym narodem, dał im ziemię zarezerwowaną dla siebie….

Gdy odwiedzimy Gruzję, nietrudno uwierzyć  w tą starą legendę. Występuje tu tyle stref klimatycznych, piękne góry, morze, obfita roślinność i naturalne bogactwa. Każdego dnia mojej podóży, Gruzja zachwycała mnie na nowo.

Pomimo,że następnego dnia wstaliśmy dość wcześnie, Tibilisi opuściliśmy dopiero późnym popołudniem. Po szybkim śniadaniu (wczorajszy arbuz był tak ogromny, że został jeszcze na śniadanie) pożegnaliśmy się ze wszystkimi i wyruszyliśmy w drogę. postanowiliśmy zacząć od zjedzenia czegoś konkretnego i poszliśmy w to samo miejsce co wczoraj- duże kanapki!

Obydwoje patrzyliśmy bezmyślnie przez okno, kiedy nagle spostrzegliśmy naszego znajomego z hostelu- Scott’a ze Stanów. Szedł przed siebie raźnym krokiem, w swoim sportowym stroju, który już z kilku metrów krzyczał- jestem amerykańskim turystą! Był całkiem sympatyczny, więc oboje wpadliśmy na pomysł, żeby go zaprosić na kawę. U mnie przejście od pomysłu do czynu trochę zajmuje, dlatego Yuri pierwszy zerwał się z krzesła i pobiegł go zaprosić. Kiedy Scott przysiadł się do stolika ze swoim wielkim cappuccino, z zainteresowaniem słuchaliśmy o tym co go skierowało do przyjazdu tutaj. Opowiadał o swoich zaręczynach z Gruzinką i o tym jak tradycyjny w sprawach małżeństwa jest ten naród. Niecierpliwie czekał a ślub i rozglądał się za domem w okolicach Tibilisi. Byliśmy zaskoczeni, że można tu kupić dwupiętrowy dom już od 40 tys. euro! Scott z przyjemnością opowiadał o swojej wielkiej miłości. Przyszłą żonę poznał przez facebooka. Pokazywał nam jej zdjęcia, była bardzo ładna.

Zdając sobie sprawę, że robi się coraz później, uginając się pod ciężarem naszych plecaków, poszliśmy złapać metro a potem marszrutkę na obrzeża miasta. Na dworcu głównym wszystkich marszrutek, który był czymś w rodzaju połączenia dworca autobusowego, parkingu, biur turystycznych i wielkiego bazaru, panował chaos. Chaos, który całkowicie ogarniali kierowcy, ale turyści nie ogarniali zupełnie. Chcieliśmy wziąć marszrutkę do Batumi i wysiąść zaraz za miastem, żeby stanąć przy głównej drodze, ale jak to wytłumaczyć?!

Zaczęliśmy od kierowcy, który jechał do Batumi. Nic z tego. Nie zrozumiał ani słowa. Poszliśmy do biura marszrutkowego, gdzie Pani w informacji mówiła trochę po angielsku. Pomimo naszych najlepszych starań spędziliśmy ponad godzinę w biurze, tłumacząc wszystkim po kolei gdzie chcemy jechać, że chcemy jechać stopem, jak i po co i co to autostop. Ja już powoli traciłam cierpliwość. Yuri za to spisał się na medal, bo spokojnie, chyba dziesięć razy im tłumaczył, co zamierzamy zrobić, aż w końcu zrozumieli i kazali nam iść na marszrutkę, która jedzie tylko kawałek za miasto. Kierowca marszrutki do Batumi się obraził i wyszedł, a my zaraz po nim, prowadzeni do odpowiedniego minibusa.

Kiedy w końcu stanęliśmy na drodze, obok małej stacji benzynowej, po 15 minutach złapaliśmy pierwszy samochód. A kto był w środku? Oczywiście Polacy! Ja się cieszyłam, a Yuri nie mógł uwierzyć, że wszędzie na naszej drodze pojawiają się Polacy. Nasi kierowcy byli parą Polaków, którzy robili sobie wycieczkę po Turcji, Gruzji i Armenii. Kolejny samochód, to był van z otwartą przyczepą i trzema niewyżytymi Armeńczykami w środku. Niewyżytymi, bo przez całą drogę gadali o dziewczynach, prostytutkach i pizdach, radośnie przeglądając zdjęcia Yuri’ego z imprez  z Rosjankami. Z ulgą opuściłam ich auto. W Kutaisi zatrzymał się wysoki, niesamowicie szczupły Turek, który słabo mówił po angielsku i ciągle narzekał na gruzińskich kierowców. Denerwowało go, że jeżdżą po pijanemu. Również wspomina, że w Gruzji kultura picia rozwinęła się do tego stopnia, iż mężczyźni nic nie robią całymi dniami tylko piją a kobiety muszą pracować i zajmować się domem. Nie mogłam się z nim nie zgodzić. W tym co mówił było wiele racji. Jadąc w stronę granicy z Turcja mijaliśmy małe miasteczka położone nad Morzem Czarnym. Jak tam było pięknie! począwszy od tropikalnej roślinności na którą składały się wysokie rozłożyste drzewa, razem z niesamowicie zielonymi krzewami tworząc istną dżunglę, przez pasmo morza widniejące na horyzoncie po prawej stronie, po małe sklepiki po lewej, nadające miejscu wakacyjny klimat. Tak pożegnałam Gruzję, ponownie zaskoczona jej pięknem, odmiennym, bujnym i zniewalającym.

Leave a Reply