Niech żyje supra!

Supra to tradycyjna gruzińska uczta, połączona z zespołem tradycji i rytuałów.

Supra stanowi tło dla wszystkich ważnych wydarzeń w życiu Gruzinów.Powinna być ona widziana jako symbol gościnności społeczeństwa gruzińskiego. Przebieg supry nadzoruje tzw. Tamada- mistrz ceremonii. Wygłasza on toasty, przypominające rodzaj ułożonej i przemyślanej przemowy  oraz pilnuje, by na stole nie zabrakło jedzenia i trunków. Toasty podczas supry wznoszone są w określonym porządku, zazwyczaj najpierw za pokój, a następnie za powód spotkania i poszczególnych gości. Uniwersalną odpowiedzią na toast jest słowo gaumardżos (Za nasze zwycięstwo)..

Podczas supry stół jest zwykle bardzo dobrze zaopatrzony, a rozmawia się o rodzinie, sztuce, polityce, religii, życiu i śmierci. Umacniają się wówczas więzi miedzy członkami rodziny, przyjaciółmi, a także współpracownikami.

Gruzini jeżdżą jak szaleni, a Aleksander jest jednym z tych najśmielszych. Za każdym razem kiedy wsiadamy do samochodu, niezwłocznie zapinamy pasy. Czasami mijają nas na drodze samochody z Rosji i Iranu. Główna droga ma tylko tyko jeden pas. Wzdłuż niej często ustawiają się sprzedawcy świeżych owoców, miodu i serów. Poza lokalnymi pysznościami na poboczu można też nabyć inne potrzebne rzeczy, jak czapki, opony lub olej silnikowy. Często spotyka się dreptające poboczem, ubrane na czarno ‘babuszki’ z zakrytą głową. Oprócz tego główną atrakcją dróg są wałęsające się wszędzie krowy, nieustannie blokujące uliczny ruch. Wyglądają jakby znudziły je już okoliczne pastwiska i przyszły podokuczać trochę szalonym kierowcom, którzy to muszą udawać się do różnych wymyślnych metod, żeby je sprytnie wyminąć.

Podczas naszej podróży to Tbilisi zatrzymaliśmy się kilka razy i Aleksander pokazywał nam swoje sklepy, których jak zrozumieliśmy chyba był właścicielem, parę razy też zrobił przystanek, aby załątwić jakiś swój jak on to mówił ‘biznes’. Najlepszym z postoi był jednak ten w restauracji. W Gruzji co kilka kilometrów, niedaleko drogi, można spotkać restauracje i przeróżne knajpy, najczęściej serwujące dania z grilla. I my zatrzymaliśmy się w jednej, ale ta nasza była wyjątkowa. W życiu takiego czegoś nie widziałam. Wszystko znajdowało się w małym lasku, na restaurację składała się drewniana chatka, od której odchodził półokrągły mostek z ciemnego z drewna, prowadzący nad szemrzącym w dole strumykiem zachęcającym swoją chłodną świeżością. Na zewnątrz ustawiono potężne drewniane stoły nakryte obrusami, wśród których krążyli kelnerzy w swoich typowo gruzińskich strojach. Jednak widokiem, który wrył nas w ziemię, była ogromna klatka postawiona zaraz przy chacie, w której znajdował się.. niedźwiedź! Opierający się przednimi łapami o szczeble klatki, przywiązany na krótkim łańcuchu wyglądał dość smutno. Popatrzeliśmy tylko zdumieni i poszliśmy do jednego ze stołów za Aleksandrem. Teraz mogliśmy dostrzec, że dalej za chatką strumień wpływał do małego stawu, w którym pływały ryby. To właśnie one, były jedną ze specjalności restauracji. Włącznie z rybami, wszystko było przygotowywane na grillu. Tutejsza tradycja wrzucania każdego mięsa  na grill czyniła je tak wyjątkowo smakowitym i przepysznym, że mogę uczciwie powiedzieć, iż w żadnym kraju nie jadłam tyle, co w Gruzji. Aleksander zawsze zachęcał nas do spróbowania wszystkiego, do dziś pamiętamy jego okrzyki przy stole ‘kuszaj, kuszaj’! (jedz, jedz!) Również i tym razem zamówił pełno jedzenia. Usiedliśmy wygodnie pijąc piwo, a stół zaczął się wypełniać wspaniałościami. Gruzińskie ‘shish kebaby’, szaszłyki (najlepsze jadłam właśnie w Gruzji), pierogi z mięsem, różne rodzaje chaczapuri- chlebowego placka z serem i innymi nadzieniami, pieczone grzybki z cebulką, gruzińskie sery przypominające górskie twarde i słone oscypki, pomidory i ogórki tradycyjnie posypane kolendrą, wędzona ryba, pieczona ryba, ciepły gruziński chlebek w koszyku- pyszności! Było też gruzińskie wino i gruziński bimber czyli Czacza, produkowany z wytłoczyn winogronowych, odpowiednik Grappy. Jedliśmy i piliśmy do syta i znacznie dalej. Aleko był zachwycony, mógł nam pokazać tyle wspaniałości gruzińskiej kuchni i na dodatek wszystko nam smakowało. Wznosiliśmy kolejne toasty aż opróżniliśmy butelkę czaczy. Wtedy ogłosiliśmy koniec naszej, o jakże wspaniałej supry. Potem musieliśmy ruszyć w dalszą drogę…

Leave a Reply