Jak przygotować idealnego grilla

12.08.2011

Piątek.

Odkryłam co tak na prawdę denerwuje mnie w Pawle. Jest wiecznie nerwowy. Nie chcę się dłużej martwić, że niedajboże go znowu czymś wkurzę lub zirytuję. Jego nerwica doprowadza mnie do szaleństwa i po ostatnich wybrykach postanowiłam, że musimy się rozdzielić.

Zacznę od środy… kiedy to w końcu przyjechał Aleko! Tak, na prawdę przyjechał! Pokazywał nam swoe poparzenia słoneczne i mówił, że to przez to go tak długo nie było. Ale on przyjechał dopiero wieczorem, tymczasem nam cały dzień zajęło odtykanie kibla.

Na początku nie mieliśmy pojęcia jak się do tego zabrać. Po wstępnym omówieniu planu, przystąpiliśmy do działania. Najpierw Paweł, posługując się patykami wcześniej znalezionymi na zewnątrz, wydobył zawartosc naszej uszkodzonej toalety do kilku siatek włożonych jedna w drugą. Następnie do mnie należało wyniesienie tego kłpotliwego pakunku na zewnątrz. Pospiesznie przemykają przez hotelowy korytarz modliłam się, żeby nie zaczął przeciekać na środku holu. Po tej złożonej i mymagającej niesłychanych umiejętności akcji, wytlumaczyliśmy obsłudze, że potrzebujemy “dzwon” (takie cośgumowego z długą rączką do odtykania toalet). Niestety pracownicy hotelu dzwonu nie posiadali, więc zawiadomiono dyrektora, który niezwłocznie udał się do “magazynu”. Dowiedzieliśmy się też przy okazji, że po rosyjsku magazyn to wcale nie magazyn tylko sklep. Kiedy już wrócił z naszym cennym zakupem, jakoś udało nam się go przekonać i również Panią z recepcji, że nie ma sensu patrzec na naszą zatkaną toaletę- “Nie haraszo, NIE haraszo!”. Jestem pewna, że dobrze postąpiliśmy, bo widok był na prawdę przykry i niezmiernie smutno by było zostać uznanym za największych hotelowych syfiarzy. Później ja poszłam czynić swoją powinność, czyli zasadnicze odetkanie kibelka. Szczęśliwie, zadanie zostalo wykonane! Hura!

Kiedy Aleko przyszedł łazienka już pachniała czystością. Pojechaliśmy razem z jego przyjaciółmi- Miszą i Levanem na hamburgery, wódke i piwo nad jeziorem blisko Tbilisi. W drodze powrotnej umówiliśmy sie z nimi na “gruzińskiego grila”, to znaczy tylko z Miszą i Levanem bo Aleko nie mógł jechać. Na Pawła chyba żle wpływało ciągłe picie wódki, bo następnego dnia nic nie pamiętał z naszej rozmowy w samochodzie, ani w ogóle z końcówki wczorajszego wieczoru. Chciał już wychodzić na miasto, kiedy przypomniałam mu o naszych dzisiajszych “grillowych” planach. Nie chciał wierzyć, bezustannie szukając swojej zupki w proszku, którą rzecież zjadł poprzedniej nocy. A wszystko to, przez kika kieliszków rosyjskiej wódki wypitych na pusty żołądek. Ciężko było nam zgłębiać gruzińskie tradycje w obawie, że nasze wątroby mogą tego nie wytrzymac. Tymczasem dzisiaj czekała na nas kolejna biesiada, bo przecież o 12:00 mieli przyjechać koledzy Aleka i zabrać na grilla. Jednak zorganizowanie grilla okazało się trudniejsze niż możnaby przypuszczać… Najpierw wybraliśmy się wszyscy razem na jakieś wiejskie ranczo. Przywitało nas kilku mężczyzn w białych zakrwawionych kaloszach. Siedzieli przed domem i palili papierosy. Przyjechaliśmy w momencie, kiedy akurat skonczyli ubijać cielaki. Później przez jakąś godzinę siedzieliśmy przed głownym odnowionym budynkiem, obserwują jak kawałki cielaków wędrują do zaparkowanej na placu furgonetki. Mężczyźni wychodzili z baraku na przeciwko i rzucali na ‘pakę’ kolejno żebra, nogi, płuca, wątrobę, żołądki i całą resztę innych flaków. Na koniec przyszła kolej na kpytka i jeszcze trzy zakrwawione głowy biednych rogatych cielaków. Na chwilę pozostawione samotnie na trawi tworzyły makabryczny niezapomniany widok. Po zobaczeniu tej calej rzezi, myśleliśmy, że to cielaki bedą daniem gównym na grillu. Nic mniej błędnego! Oglądanie kawałków porąbanych cielaków to był tylko jeden z punktów rozrywki. Zorganizowaniem jedzenia zajął się levan, który dawno już udał się do sklepu. Zobaczyliśmy tylko jak nasi znajomi jeszcze z kilkoma innymi gości wkładają pospiesznie zapasy mięsa, plastikowe butelki domowego wina, arbuza, melony, chleby, itd, itd… Byłam głodna i nie mogłam się juz doczekac tej uczty. Paweł spał na ławce. Z otwartego samachodu leciała cały czas ta sama płyta z gruzińską muzyką. Zupełnie jakby czas się specjalnie zawiesil i powtarzał w kółko to samo i to samo. Levan nareszcie zapakował nas do swojego samochodu i pojechaliśmy na piknik… razem z e starą ciężarówką toczącą się za nami, w której były krzesła, stoły i napoje. Za niedługą chwilę mieliśmy się jednak dowiedzieć, że znalezienie odpowiedniego miejsca na grilla nie jest takie proste. My szukaliśmy go przez ponad dwie godziny, jadąc w szyku ciężarówka volkswagen przez zarośniętą leśną drogę. Zgarnęliśmy po drodze jeszcze jednego kolegę i z jego pomocą, objeżdżają wszystko dookoła z drugiej strony, jakoś znaleźliśmy miejsce. Nasze gruzińskie barbacue było na prawdę obfite i wesołe! Mieliśmy wszystko- dobrą atmosferę, młodych, starych, Gruzinów, Azerów, smaczne proste jedzenie, które wszyscy razem przygotowaliśmy i 10 litrów gruzińskiego wina! Jak niesamowite było to, że będąc w Gruzji spróbowaliśmy tyle różnych rodzajó wina. Począwszy od tych drogich, serwowanych przez sympatycznych kelnerów w restauracjach do których zabierał nas Aleko, poprzez lokalne tańsze produkty, aż do tych pędzonych w domu i lanych do butelek po Facie czy Coca- Coli. Nasze 10 litrów wina było jednym z tych tańszych o pomarańczowym koorze i lekko waśnym smaku. Przypominało mi wino z róży które robi mój ojciec. Najlepszą, najpyszniejszą rzeczą na naszej uczcie były jednak sławne SZASZŁYKI. Te szaszłyki o których gadali od  godzin, te które trzeba grilowaćw określony sposób, na samym żarze bukowego drewna, te których zapach roztaczał się przy każdej gruzińskiej drodze….Mięso opiekane w dużej ilości dymu, miało charakterystyczny smak i zochowywało swoją soczystość. Smakowało wyjątkowo.

Znowu, jak przystało na typową gruzińską ucztę zakończyliśmy ją pijani. A raczej Gruzini jak zwykle z radością nas upijali. Przyznaję jednak, że oni sami nie pozostawali trzeźwi. Miałam w tej sytuacji niejakie przywileje. Będąc kobietą, mogam sączyć wino z malego pastikowego kubeczka, podvzas gdy męska częśc imprezy piła jeden pełny kufel wina jjako jeden toast (sprecyzujmy- czyli na jeden raz). Mistrzowstwo! Nie dało się uniknąć nietrzeźwości. Pomimo bariery językowej rozmowy wesoło toczyła się przy stole, wznosiliśmy wspólne toasty, śmialiśmy się z naszych żartów. To były niezapomniane chwile….

Pomimo tego wspaniałego popołudnia, kiedy wróciliśmy do hotelu Paweł był w złym humorze. Nie wiem dlaczego, ale po prostu lubiał się na mnie wyżywać. Z jemu tylko znanych powodów, przy każdej różnicy zdań nazywał mnie tępą strzałą, głupią idiotką, itd Kiedyś ustalił, że jeśli chce z nim podróżować, to nie mogę przeklinać. Tylko kiedy on się denerwował (głównie na mnie) to przeklinał nieziemsko! Kiedy tak właśnie tego wieczora zacząl do mnie mówić jak do psa i oznajmił że “nie po to mnie wziął, żebym mu zjebała podróż” stweirdziłam, że mam dosyć. Wyszłam się przejść, nie wiedziałam jak się bronić, bo przecież to nawet nie było kłótnią. Zrozpaczona poprosiłam moją siostrę, żeby napisała za mnie posta z prośbą o towarzysza autostopowego z Gruzji w stronę Polski.

Leave a Reply