Category Archives: Afrika

شكرا

Siedzę w autobusie z Algeciras do Cordoby. Od kiedy wjechałam do Hiszpani, wszystko wydaje się takie bezbarwne i puste. Hiszpanie wydaja się głupsi i bardziej ograniczeni niż przed wyjazdem, a mnie wydaje się wkurzać ich lenistwo i egoizm, krajobraz za oknem wydaje się być nieciekawy i jednolity. Wszyskie ceny są już ustalone i nie można się targować, pomimo, że są niewyobrażalnie wysokie. Słońce nie zachodzi w tak piękny niepowtarzalnie kolorowy sposób. Brakuje mi odgłosów modlitwy niosących się z minaretów. Życie jest nudne i ludzie są nim znudzeni.

Welcome to Europe!

Nie musisz być dla nikogo miły, bo i tak nic za darmo nie dostaniesz i nawet nikt się nie przejmie twoim losem. Do szczęścia potrzebujesz tylko pieniędzy. To smutne. Oczekiwana radość z powrotu do Hiszpanii trwała 3 minuty i to tylko dlatego, że opuściłam kolejkę pchających się na mnie stłoczonych Marokańczyków przy odprawie celnej. Ludzie tutaj nie patrzą się już na swoje twarze tylko na swoje ubrania, są zmęczeni jazdą luksusowym autobusem, nie odzywają się do siebie ani nie uśmiechają. Chciałam wrócić do domu. Jednak czy nie bardziej ‘w domu’ czułam się na zakurzonych ulicach, wypełnionych krzykiem, wiecznym hałasem klaksonów, kolorami i zapachami. Tam czułam, że żyję. Głód czułam bardziej, i przyjemność z jedzenia też intensywniej, dostrzegałam więcej, byłam bliżej ludzi, chociaż nie rozumiałam ich języka, czułam się z nimi dobrze.

CHCIAŁAM PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM OSOBOM, KTÓRE SPOTKAŁAM NA MOJEJ DRODZE. BEZ NICH MOJA PODRÓŻ BY NIE ISTNIAŁA. ALE PRZECIEŻ… TO NIE JEST MOJA PODRÓŻ, TO ONI SĄ JEJ CZĘŚCIĄ I UCZYNILI JĄ MOŻLIWĄ.

Shokran شكرا

Taxi Kabira

Kiedy siedzę sobie zakatarzona w ten zimowy wieczór, jakże wspaniale jest się przenieść do ciepłej drogi pokrytej czerwonym kurzem, gdzieś na marokańskim odludziu…

Jednak żeby tam dotrzeć, podczas naszej podróży,najpierw zawsze musieliśmy wydostać się z miasta. Tłocznego, gorącego, zastawionego straganami miasta. Żeby wydostać się z Agadiru wzięliśmy taxi kabira, czyli w arabskim dużą taxówkę. Wskazówkę żeby skorzystać z tego rodzaju transportu dostaliśmy od Ahmeda. Teraz patrzę na zwitek papieru z napisanym niepewnie ‘Taxi Kabira’ i jest on kolejną wskazówką do umiejscowienia poszczególnych etapów naszej podróży. W rzeczywistości taxi kabira to był po prostu stary mercedes, za to  duża była liczba osób, która mieściła się w środku. Oprócz J. i mnie upakowanych na przednim siedzeniu, z tyłu zmieściło się jeszcze pięć osób, plus bagaże. Kiedy znaleźliśmy się w małym miasteczku na południe od Agadiru, z ulgą wysiedliśmy i zaczęliśmy rozglądać się za bardziej luksusowym środkiem transportu, czyli stopem.

Mogę tutaj wtrącić, że z całą pewnością autostop, to jeden z najwygodniejszych środków transportu w Maroku. Czeka się niedługo i zdarzają się na prawdę przyzwoite samochody.

Wyszliśmy na pobocze ruchliwej zakurzonej asfaltowej drogi. Obserwując mijające nas pick-up’y cały czas wspominaliśmy o tym, jakby było cudownie jakby jakiś się zatrzymał. Ja zapoznana z odwiecznym prawem autostopu, że jeśli się czegoś bardzo chce to się to dostaje, wierzyłam, że pojedziemy w końcu na pace jednego z nich. I pojechaliśmy! Dosłownie nie minęło parę minut a przed nami stał nasz wymarzony samochód, a my w osłupieniu, patrzyliśmy na siebie z głupkowatymi minami i uśmiechem na ustach. No to zaczęła się jazda! Nie było dokładnie tak jak sobie to wyobrażaliśmy. Samochód pędził, cały czas uderzały w nas chmury kurzu i trzęsło tak, że musieliśmy się porządnie trzymać żeby nie poobijać się o wnętrze przyczepy. Wiatr prawie nam zrywał głowy, my jednak cieszyliśmy się jak małe dzieci, zadowoleni, że nasze życzenie zostało spełnione.

Choć droga była wąska, cały czas wymijały nas samochody. Wśród nich wiele było niedużych ciężarówek, z tyłu wypełnionych robotnikami wracającymi z pola. Wszyscy się na nas gapili i pozdrawiali, a że my byliśmy w chwilowej euforii, również pozdrawialiśmy i machaliśmy do nich serdecznie. Kilka kobiet z ciężarówki rzucało nam świeżo zebrane melony. Kiedy już nas wyminęli i skończyła się seria okrzyków, radosnych pozdrowień i pogwizdywań, rozkroiłam jednego melona, o mało nie ucinając sobie przy tym palców (kierowca jechał jak szalony).

Potem był obiad z kierowcą w jakimś przydrożnym barze. Gdy już się najedliśmy przepysznym Tagine i rozmawialiśmy przy miętowej herbacie dostałam propozycję małżeństwa. Omówiłam, dopiliśmy herbatę i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy zobaczyć chociaż skrawek pustyni, a nie mieliśmy już zbyt dużo czasu.

Większość pozostałej drogi tego dnia przejechaliśmy z dwoma sympatycznymi kierowcami ciężarówki, którzy mówili trochę po francusku. Staraliśmy się prowadzić rozmowę, jednak nasz znakomicie niski poziom francuskiego nam na to nie pozwalał. Ponadto kiedy zaczęliśmy wkraczać na obszary tak zwanych wrót pustyni, widoki dookoła były tak nieziemskie, że zarówno J. jak i ja leżąca sobie wygodnie na tylnym siedzeniu w zamyśleniu kontemplowaliśmy to piękno. Ciężarówka jechała krętą asfaltową drogą wśród rdzawo- zielonych wzgórz, które podczas powolnego zachodu słońca przybrały na chwilę fioletową barwę.  Kierowcy zaczęli nucić spokojną berberską melodię a J. dołączał się wybijając rytm. W ciepłym powietrzu ciężarówki i kojącej muzyce, odpłynęłam w krainę moich snów.

Kiedy dotarliśmy do Warzazat nasi kierowcy zaprosili nas na obiad. Było jak zwykle wyśmienicie! Jednak gdy tylko dowiedzieli się, że nie mamy gdzie spać, uparli się aby znaleźć nam nocleg. Jeden z nich miał w Warzazat siostrę, poznaliśmy jej męża  Yusuff’a, który zgodził się nas przenocować.

Yussuf był dla nas człowiekiem zagadką. Był spokojny, chyba dlatego że cały czas był zjarany. Miał swoją mała działkę z ogródkiem, którą nazywaliśmy ‘Pépinière‘, gdzie chadzał wieczorami palić haszysz i rozmawiać ze znajomymi. Poczęstował nas tam Marokańskim winem i opowiadał trochę o sobie. Próbował mi wytłumaczyć, jak Marokańczycy patrzą na kobiety ‘wyzwolone’. To znaczy takie, które palą papierosy, haszysz i piją wino. To prawie jak znak, że kobieta jest łatwa- mówił. Według niego Marokanki nie oddają się takim rozrywką, przynajmniej nie publicznie, bo to by je klasyfikowało do tej samej szuflady co kobiety lekkich obyczajów, a mężczyźni stracili by do nich szacunek. Niestety wiele Marokańczyków podziela jego poglądy, widzą rolę kobiety zupełnie inaczej niż Europejczycy. Dla nich kobieta może bardzo łatwo stracić swój honor a to byłoby dla nich wymówką na traktowanie jej bez należnego jej szacunku. Miejsce kobiety jest w domu, kontrolowanej przez długoletnie tradycje i obyczaje, jednak oni, mężczyźni mogą sobie robić co chcą, to do nich należy poznawanie świata, jednocześnie ze wszystkimi rozrywkami jakie on oferuje.

Następnego dnia, musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie ma szansy żebyśmy zdążyli na pustynie. Postanowiliśmy jutro wyruszyć do Marakeszu. W międzyczasie zwiedziliśmy centrum i okoliczną wytwórnię filmową, coś jak Marokańskie Hollywood, zobaczyliśmy tutejszy targ, powłóczyliśmy się trochę, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z Yussufem. Byliśmy przygnębieni, że nasza podróż za niedługo dobiegnie końca.

Nazajutrz byliśmy już w drodze do Marakeszu, po drodze ocierając się o niesamowicie piękne góry Atlas. Kierowca tradycyjnie zaprosił nas na Tagine (tym razem z kozy), chociaż nie mówił w żadnym obcym języku. Znalazłam przy drodze małego szczeniaka. Leżący w brudzie na słońcu i skrajnie wyczerpany wyglądał jakby zdychał. Naiwnie postanowiłam go ratować. Wzięliśmy go razem z nami, daliśmy pić i jeść, a on odwdzięczył się nam rzygając w samochodzie. Kierowca nie był zadowolony i z ulgą pozbył się nas jak tylko wjechaliśmy do Marakeszu.

 

 

 

handel wymienny

W Marakeszu mogliśmy znowu skorzystać z couchsurfingu, ale postanowiliśmy zaszaleć i wynająć hostel. Wynajęlismy dwuosobowy pokój za jakieś 5 euro za noc, w wykafelkowanym na biało i niebiesko pięciopiętrowym hotelu z prostokątnym patio pośrodku. Wykąpaliśmy naszego nowego przyjaciela, uczesałam go, dałam mu jeść i pić, ale nadal wyglądał bardzo mizernie, co nie przeszkodziło mu drzeć się wniebogłosy podczas kąpieli.

***

Ulice w Marakeszu są pełne ludzi, straganów, motorów, co chwila przejeżdżających z warkotem tuż obok, gotowych w ciebie wjechać, jeśli nie zejdziesz im z drogi. biedaków, żebraków, bogatych turystów, ulicznych grajków, zaklinaczy węży i różnych rzemieślników. W centrum miasta znajduje się ogromny bazar, w którego małych uliczkach można się z łatwością zgubić. Pierwsza część targu, czystsza i bardziej kolorowa jest dla turystów. Nie znajdziemy w niej koziego mięsa oblepionego przez muchy zwisającego z metalowych haków, obitych i brudnych warzyw, stosów zużytej tkaniny i najrozmaitszego badziewia poukładanych na ziemi. Tutaj wszystko jest poukładane na błyszczących straganach, owoce są idealne i wypolerowane, baklawa misternie ozdobiona, piętrzy się przed uśmiechniętymi sprzedawcami. W tej części tradycja targowania powoli traci sens, gdyż bogaci turyści m. in. z Niemiec, Francji, Stanów Zjednoczonych nauczyli sprzedawców, że gotowi są zapłacić każdą cenę. Byłam zaskoczona kiedy niektórzy Marokańczycy nie chcieli się ze mną targować, cena dla turystów została ustalona już dawno i nie ulegała ona zmianie.

Za to jedzenie, można było dostać przepyszne o każdej porze i w każdej cenie!

Piliśmy najlepszy sok pomarańczowy w naszym życiu (zgodnie to potwierdziliśmy), świeżo wyciskany na placu Dżamaa al-Fina, próbowaliśmy każdego przysmaku, który tylko wpadł nam w ręce. Kuchnia Marokańska jest świeża, zawiera dużo przypraw i proste składniki, dzięki czemu jest po prostu wspaniała.

Ostatniego dnia musieliśmy znaleźć naszemu pieskowi bezpieczny dom. Chodziliśmy z nim po Marakeszu, rozmawiając z ludźmi i pytając czy ktoś by go nie przygarnął. Nie umieliśmy się z nim pożegnać, a zachęty sprzedawców do oddania psa, jakoś tylko nas zniechęcały. W końcu na jednym ze straganów wdaliśmy się w miłą pogawędkę ze starszym Marokańczykiem. Obiecał, że zaopiekuje się naszym podopiecznym. J. o dziwo bardzo przywiązał się do małego psa i nie umiał go zostawić, mnie też było smutno. Sprzedawca na zasadzie starej tradycji handlu wymiennego pozwolił nam wybrać sobie coś z jego sklepu. Wygrzebałam starą, trochę zardzewiałą lampkę z kolorowymi szybkami w rombowatym kształcie.

I tak skończyła się nasza przygoda w Maroku. Siedząc na dachu jednego z licznych hosteli, obserwując kolorowe miasto z góry i wsłuchując się ze śpiewy z meczetów, musieliśmy się pożegnać. Pożegnania po takich podróżach zawsze są dziwne, bo nie wiadomo co jeden drugiemu ma powiedzieć po tylu wspólnie przeżytych przygodach. J. miał następnego dnia samolot, a ja wzięłam nocny pociąg do Tangieru. Przespałam całą podróż a rano w portowym mieście jakim jest Tangier, nie było już śladu po orientalnym Maroku. Na miejskiej plaży zaczepił mnie jakiś naćpany chłopak, biegał, krzyczał, tak jakby nie mógł uwierzyć gdzie się znajduje. Ja też nie mogłam. To tak się kończy Afryka? Jako, że nie miałam wystarczająco pieniędzy na prom, musiałam targować się z mężczyzną w okienku przy nowoczesnej kasie biletowej. Zrezygnowany, popatrzył na mnie z pobłażaniem i dał mi zniżkę. Ludzie wokół nie mogli uwierzyć skąd ja się tu wzięłam…

JĘZYK BERBERÓW

Kiedy dojechaliśmy do Agadiru było późne po południe. Nie mieliśmy żadnego noclegu, tylko 3 numery telefonu, które szybko spisałam z mojego Couchsurfingu. Usiedliśmy w małej kawiarni przy głównej drodze, przy której zostawił nas chwilę temu autobus.

Agadir przypominał trochę niedokończone miasto w środku pustyni. Patrzeliśmy z tarasu na którym piliśmy na przechodzących w dole ludzi. Kelner był miły, więc zaryzykowaliśmy i spytaliśmy czy mógłby nam pożyczyć telefon żeby zadzwonić. Zgodził się bez problemu. Z trzech numerów odebrał tylko jeden, Mustafa. Ucieszył się, że przyjechaliśmy i już był w drodze żeby nas odebrać… zajęło mu to jakieś 3 godziny. Nie martwiliśmy się jednak za bardzo czekając, bo miło spędzaliśmy czas. J. czytał a ja obserwowałam. Nasza kawiarnia była chyba czymś bardziej w rodzaju popularnej tutejszej sokopijalni. Wokół lady były upchane setki owoców i co jakiś czas ktoś zamawiał owocowy koktajl w wysokiej szklance. do tego serwowali proste jedzenie, kanapki, ciastka francuskie i omlety. Umieraliśmy z głodu więc zamówiliśmy omlet, prosto z żeliwnej patelni, pachnący świeżą oliwą z oliwek z kilkoma zielonymi oliwkami w środku i z chlebem. Był tak pyszny, że o mało co nie zaczęliśmy wylizywać rondelka!

W końcu zjawił się Mustafa ze swoim przyjacielem Hamidem, który nosił tradycyjną jasną długą tunikę, ze spodniami do kompletu. Obydwaj dosyć niscy, opaleni, mieli sympatyczne twarze i nieśmiało się uśmiechali. Było już ciemno. Nie bardzo wiedzieliśmy czego oczekiwać po naszych nowych znajomych. Wiedzieliśmy tylko tyle, że Mustafa jest studentem. Poszliśmy za nimi przecinając ruchliwą ulicę, przechodząc ostrożnie przez żwirowe pustkowie, docierając do osiedla niskich, prostych bloków w kolorze piaszczystej ziemi. Drzwi do jednego z domków otworzył nam jego uśmiechnięty kolega Said. Po wykafelkowanych czerwonych schodach weszliśmy do małego mieszkanka. Po prawej stronie była łazienka, która nie zachęcała swoim zapachem. Była tylko niewielkim wykafelkowanym pomieszczeniem ze słabą żaróweczką, dziurą w podłodze i umywalką z bieżącą wodą. Na ziemi stały wiaderka i dzbanuszki. Dalej w głębi domu znajdowały się dwa pokoje, oraz mała kuchnia, z dość dużą przestrzenią do gotowania, gdzie stały butle z gazem zaopatrzone w palniki, czajniczki do herbaty i gliniane naczynia do tażin. Wszystko było bardzo proste. Siedliśmy wszyscy w małym pokoiku, gdzie ledwo mieściły się cztery posłania. Mimo swoich rozmiarów pokoik był bardzo schludny i utrzymany w czystości. Ja dostałam osobne posłanie tylko dla mnie. Poznaliśmy dwóch pozostałych kolegów z pokoju, Ahmeda i Murata. Ahmed i Said studiowali prawo, Murat filozofię a Mustafa angielski. Tylko on potrafił mówić po angielsku, reszta studiowała po arabsku więc nie mieli szansy nauczyć się innych języków.  Mustafa był niezmiernie zainteresowany wszystkim co dotyczyło Anglii. Miło było patrzeć jak kogoś na prawdę interesują jego studia. Zresztą to dotyczyło ich wszystkich. Bardzo ich polubiłam, ponieważ ich ciekawość świata i chęć do dyskusji i zdobywania wiedzy wzbudzała we mnie podziw. Studenci w Europie mają piękne mieszkania, czyste akademiki w których niczego nie brakuje, mają pieniądze nie tylko na książki ale też na imprezy i inne rozrywki. Wiele z nich jednak tego nie docenia, są znudzeni i zawsze narzekają na to ‘jak to ciężko być studentem’. Oni jednak, mieszkając w prymitywnych warunkach, cieszyli się, że mogą studiować i byli niesamowicie zaangażowani w to, czego się uczą. Ich chęć zdobywania wiedzy i poświęcenie było wyjątkowe. Poza tym wszyscy sprawiali wrażenie zadowolonych z mieszkania ze sobą, pomimo że dzielili pokój we czwórkę a w całym mieszkaniu było jakieś piętnaście osób. To było super! Studenci w Europie nie zdają sobie sprawy ile mają szczęścia. Każdego wieczoru rozmawialiśmy wszyscy godzinami, a ich ciekawość świata mnie fascynowała. Chcieli rozmawiać o religii, kulturze, polityce. Nie po to żeby udowadniać swoje racje, czy czegoś dowieść. Chcieli usłyszeć naszą historię i opowiedzieć swoją. Oprócz tego dzielili się z nami wszystkim co mieli. A mieli na prawdę niewiele. Jedliśmy wspólnie z jednego talerza. Na śniadanie czarne oliwki z chlebem i oliwą, na obiad/ kolację tażin. Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać ludzi takich jak oni w mojej egoistycznej Europie.

Większość z nich był wierząca, niektórzy chodzili w piątek do meczetu. Na pewno wszyscy byli głęboko związani z tradycją. Między innymi dlatego ja miałam swój osobny pokój do spania- małą zamykaną część kuchni. Za to wszyscy mężczyźni spali razem. J. był trochę w szoku, ale mi to nie przeszkadzało, nawet cieszyłam się trochę ze swojej własnej sypialni. J. mi później opowiadał jak to wszyscy zbudzili go o piątej rano, bo odmawiali poranną modlitwę.

To było niesamowite, ile mieli w sobie energii, chęci do życia i szacunku do tradycji. Byli zdyscyplinowani, gościnni i mądrzy, przez swoją niezaspokojoną ciekawość dużo się uczyli. Chyba najbardziej otwarty z nich był Murat studiujący filozofię, wiedział mnóstwo o językach i historii. To on uczył mnie języka Tamazight (języka Berberów), pokazują mi jak pisać po kolei te skomplikowane znaki.

Nigdy nie zapomnę tych ludzi.

Chciałabym ich kiedyś jeszcze spotkać.

This slideshow requires JavaScript.

To zapiski z mojego zeszytu, słowa przetłumaczone na arabski i tamazight. Na znajduje się wiadomość jaką chciał przekazać Murat, dla mnie, a może dla nas wszystkich…

Oto tłumaczenie na angielski przez Mustafę:

‘From my own interpretation the duty of philosophy is limited due to scientific development. None cares about it, how to make poems. But we cannot deny that philosophy was a great inside to the history in which the human being passes by. As far as I am concerned, its learner should take the benefit from it and drop the useless things.

Summary:

As Nietzsche said ” I don’t like digestive sistem that allows everything to be swallowed”‘.

Murat, my friend

‘Jak wynika z mojej własnej interpretacji, rola filozofii jest ograniczona przez rozwój nauki. Nikogo już to nie obchodzi, jak tworzyć poematy. Jednak nie możemy zaprzeczyć, że filozofia była wielką częścią historii, w której ludzkie istnienie przemija. Jeśli chodzi o mnie, to jej uczeń powinien czerpać z niej korzyści i porzucić rzeczy nieistotne.

Podsumowanie: Jak powiedział Nietzsche “Nie podoba mi się system trawienny, który pozwala aby wszystko zostało pochłonięte.” ‘

We arrived to Agadir in late afternoon. We hadn’t got any place to spend the night, only 3 phone numbers I wrote down quickly from my couchsurfing. We sat in small cafe by the main road, just where the bus left us.

Agadir reminded me of unfinished city in the middle of a desert. We were looking down from our terrace, at people walking by. Waiter was nice, so we tried our luck and asked him to borrow his phone for a moment. Without any problems he let us to make a call. From the 3 numbers I had, only one person responded, Mustafa. He was glad that we came and he was on his way to pick us up… it took him about 3 hours.  We didn’t worry too much though. We were waiting in a cafe, J. reading and I was looking around. Our cafe was more sorf of a juice bar, there were mountains of fresh fruits, piling up on the counter, fruit coctails surved to guests, some simple food, sandwiches, omelettes, french pastries. We were starving, so we’ve ordered an omelette, served straight from a pan, with a fresh olive oil, few Marrocan black olives and bread. It was so delicious, we almost started licking the pan!

When Muhammed appeared at last, he was with his frien Hamid. Hamid had a traditional bright coloured

pomocni Marokańczycy

 Chciałabym napisać, że w tym zimnym kwietniowym dniu tęsknię za ciepłem północnej Afryki, za niebieskim niebem i słońcem. Przypomnieć sobie jak grzały mnie jego promienie i poczuć je niemal na swojej skórze. To niemożliwe,bo wtedy padał deszcz, wiał wiatr i było zimno. Jakże zawiodła mnie Afryka swoim chłodem!

Ledwie weszliśmy na ogromny plac autobusowy, wszyscy zaczęli do nas coś krzyczeć. Chefchauen! Rabat! Marakesz! Przypomniała mi się ruchliwa stacja autobusowa w Gruzji i poczułam się weselej. Bez większych problemów, podążając za okrzykami dochodzącymi ze wszystkich stron, znaleźliśmy się w autobusie do Agadiru.

To złudne, gdy myślisz , że warczący silnik autobusu sygnalizuje szybki odjazd. Jednak to tylko taktyka, taki sposób, żeby przyciągnąć jak najwięcej pasażerów. Autobus buczał, warczał i terkotał jeszcze przez następną godzinę. Między siedzeniami przechadzał się konduktor wachlując się plikiem banknotów, luźno trzepoczących w jego opalonej ręce i pobrzękując sakiewką pełną drobnych monet. Pośpieszał co chwilę wsiadających pasażerów, ochoczo znajdując im miejsca. Organizował, rozsadzał, przesadzał, ustalał gdzie mają siedzieć dzieci. Mężczyźni sprzedający bilety, z plikami banknotów powtykanych między palce, cały czas gdzieś biegali, skutecznie dopełniając wrażenia ogólnego chaosu. Wsiadać, wsiadać jak najszybciej! Nie ma czasu! Zaraz odjeżdżamy!- brzęczy groźnie silnik. Mężczyźni krzyczą, liczą pieniądze, liczą pasażerów, jeszcze raz i raz znowu, przechodzą wzdłuż autobusu tam i z powrotem. Do tego, co jakieś 2 minuty we wnętrzu autobusu pojawiała się nowa osoba, żeby coś sprzedać. Niektóre produkty zasługiwały na specjalne przemówienie. Sprzedawca stawał na środku wozu i wygłaszał krótką mowę zachwalając jakiś produkt, który zaraz potem pasażerowie (o dziwo!) chętnie od niego kupowali. Oprócz tego sprzedawali słodycze, jogurty, napoje, chusteczki, kolorowe zabawki i buty. Byliśmy głodni i kupiliśmy czekoladę, czekoladopodobną masę z orzechami tu i ówdzie. Bez smaku.

Autobus ruszył. Jechał dokładnie tą drogą, której myśmy tak usilnie szukali aby dojechać do Agadiru. Szkoda, że nie mogliśmy jej znaleźć wcześniej. Deszcz przestał padać jak tylko usiedliśmy, już przemoczeni, w zatłoczonym autobusie. Krajobraz się zmieniał na bardziej suchy i pustynny. Tuż przed Marakeszem za oknami było widać duży płaskowyż w ceglanym kolorze. Gdzieniegdzie wyrastały z ziemi ciemnozielone palmy i kępki trawy. Niebo stało się jakieś większe, a chmury tworzyły na nim niepowtarzalne układy, rozpościerając swoje cienie na tej pełnej brązowego pyłu płaszczyźnie. Było pięknie, tak obserwować ten odmienny świat z okna autobusu. Dojeżdżaliśmy do Marakeszu. Tam był przystanek. Niektórzy pasażerowie wysiedli, inni zajęli ich miejsca. Znowu zamieszanie, znowu sztuczka z silnikiem i nieugięci sprzedawcy.

J. czytał książkę a ja obserwowałam ludzi dookoła.

Dochodzę do wniosku, że to niesprawiedliwe, jak postrzegani są Marokańczycy przez Europejskich turystów.

Bardzo często spotykałam się z opinią, że tzw. ‘naganiacze’ chcą  za wszelką cenę opchnąć jakiś towar albo oferują z uporem maniaka swoje usługi. Z punktu widzenia turystów, to nie tylko nieuprzejme ale niezwykle męczące. Jednak dlaczego nie spojrzeć na to z drugiej strony?

Postawiliście się kiedyś w sytuacji takiego przeciętnego Marokańczyka, którego jedynym źródłem zarobku są turyści?

Ludzie żyjący w Maroku są o wiele biedniejsi od większości Europejczyków, i to nie tylko tych bogatych Europejczyków. Bo tutaj bieda to co innego, to brak mieszkania, mieszkanie w prymitywnych warunkach, bez elektryczności, dostępu do czystej wody, bez niezbędnej żywności. Na prawdę nie aż tak trudno to zauważyć. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i dokładniej przypatrzeć zwykłym ludziom na ulicy, jak bardzo są wychudzeni lub jak czasami smutne są ich twarze, przybierając tylko wesołą maskę dla turystów.

Biorąc pod uwagę jak biedne jest Maroko, to liczba tutejszych żebraków nie jest wcale relatywnie wysoka. Z podziwem obserwowałam tu ludzi podejmujących się najbardziej błahych zadań i z dumą nazywających je pracą. Nie ważne, czy jest to dźwiganie czyichś bagaży w starej taczce, sprzedawanie badziewnych pamiątek czy pomaganie w szukaniu hotelu lub robienie za przewodnika, to próby działania są godne podziwu. Osobiście szanuję ich za to, że zamiast się poddać i narzekać, starają się jak mogą, zmuszają do uśmiechu, krzyczą, żartują, znajdują dość energii aby przetrwać kolejny dzień.  W Maroku często się widzi nadmiar osób asystujących przy banalnych pracach, pomagających podróżnym, parkujących samochód, czy przeprowadzających dorożkę z osłem na drugą stronę ulicy. Zdumiewające jest to, że każdy chce pracować, każdy chce się do czegoś przydać i niesprawiedliwą jest opinia, że wszyscy chcą tylko pieniędzy. Kiedy da się im do zrozumienia, że nie mamy pieniędzy, większość z nich nie wycofa swojej oferty i pomoże za darmo, lub za niską cenę, która de facto samym im się niewiele opłaca. Wystarczy krótkie wytłumaczenie, rozmowa, wyjaśnienie naszej sytuacji. Ignorancja i poirytowanie nic tu nie pomogą, a mogą tylko pogorszyć sytuację i wprowadzić nas w jeszcze gorszy nastrój. Chyba w żadnym dotychczas odwiedzonym kraju nie spotkałam tyle pomocnych ludzi co w Maroku! I to właśnie dzięki nim pokochałam ten kraj.


tam i z powrotem

Kiedy tylko wróciliśmy do mieszkania S. wzięliśmy nasze plecaki i chcieliśmy spróbować złapać stopa do Agadiru. Jednak to wcale nie było takie łatwe. Najpierw musieliśmy znaleźć pustą taksówkę, które nas wywiezie za miasto. Zajęło nam to ponad pół godziny. Sam Ahmed i Sanae mieli trudności z wytłumaczeniem kierowcom po arabsku o co nam tak w ogóle chodzi.. Wszyscy uważali nas za wariatów. Chociaż nasi nowi znajomi, chyba za takich pozytywnych wariatów.  Gdy w końcu odjeżdżaliśmy ‘petit taxi’, odwróciliśmy się do tyłu aby pomachać na pożegnanie naszym znajomym. Ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy ich na rogu ulicy, niemalże pokładających się ze śmiechu. Niepewnie popatrzyliśmy na siebie, nasze zdezorientowane miny mówiły, że żaden z nas nie wie co to oznacza. Teraz jednak, już nic nie mogliśmy zrobić. Jedyne co nam pozostało to mieć nadzieję, że nie zginiemy przez porąbaną jazdę taksówkarza…

Słońce chyliło się ku zachodowi a my dopiero rozpoczynaliśmy naszą podróż do Agadiru. Znaleźliśmy się na skraju szerokiej, głośnej, zakurzonej drogi, zaraz obok stacji benzynowej. Ludzie się na nas gapili jak na czubków. Nasz arabski napis أكادير niewiele pomagał. Wszyscy  próbowali nas uprzejmie skierować na dworzec autobusowy. Jedna kobieta, zakryta od stóp do głów (miała nawet czarne rękawiczki zasłaniające jej dłonie), smutno stwierdziła ‘I am sorry for you..’. W zdumieniu, zignorowaliśmy to i stwierdziliśmy, że to nam jest jej żal. W końcu złapaliśmy tylko jakiegoś krótkiego stopa do wioski obok i dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie jesteśmy na złej drodze. Do Agadiru prowadzą dwie drogi: jedna, strasznie długa, która się ciągnie wybrzeżem, druga- przez Marakesz. Niestety my byliśmy na tej dłuższej, co oznaczało, że dostanie się do Agadiru zajmie nam wieki. Zrezygnowani, przyjęliśmy kolejnego stopa, który nam się nadarzył, nie będą pewni gdzie jedzie kierowca i obserwując tylko jak się robi ciemno… było nam już wszystko jedno. Podałam propozycję łapania stopa w pobliżu jakiegoś oświetlenia, lub spania w krzakach, ale J. nie był chyba przekonany ani do jednego ani do drugiego. Bezwiednie jechaliśmy z naszym kierowcą, słuchając głośnej rytmicznej Marokańskiej muzyki. On po chwili zatrzymał się przy barze, żeby kupić dla nas piwo. Zimne piwo, to coś czego nam na prawdę brakowało w Maroku. Ucieszyliśmy się, pomimo że nasz kierowca prowadził jak szalony i nie mówił w żadnym nam znanym języku. Nasz arabski… co ja mówię! po arabsku znaliśmy zaledwie trzy słowa! Więc nasz francuski, to też nie był dobry pomysł. Po krótkiej rozmowie po francusku z jego kolegą przez telefon, rozumieliśmy tyle samo co wcześniej, czyli nic. Jakoś wykombinowaliśmy, że dostaliśmy prawdopodobnie zaproszenie żeby przenocować u naszego nowego znajomego.  Wiedzieliśmy tylko, że wykrzykiwane przez niego ‘Maison, maison!’ oznacza dom, wydatna gestykulacja, która nie pozwalała mu trzymać nawet jednej ręki na kierownicy oznaczała, że jego dom. I tak stwierdziliśmy, że nas zaprasza. Cała sytuacja wyglądała dość nietypowo, ale my nie mieliśmy zbyt dużego wyboru, bo nie uśmiechało nam się spać na ulicy. Poza tym, jak się dowiedziałam podczas dalszego pobytu w Maroku, tutaj wiele sytuacji które wyglądały dziwnie i podejrzanie, wynikały głównie z odmiennego sposobu zachowania i komunikacji Marokańczyków, tak innego od naszych europejskich zdystansowanych dyskusji, że skłaniającego do podejrzeń.

Nasza dziwna sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza, kiedy zatrzymaliśmy się żeby kupić więcej piwa. Potem kierowca zaczął jechać do swojego ‘maison’, w drugą stronę. Zatrzymaliśmy się przy drodze w ciemnościach, wypiliśmy nasze piwo do końca, wyrzuciliśmy butelki aby się pozbyć dowodów, chłopcy się wysikali i podjechaliśmy dalej żwirową drogą pod same drzwi. Pod drzwiami spotkaliśmy policjanta, który zaczął nas wypytywać skąd jesteśmy i co tutaj robimy. Byliśmy zaskoczeni ale też czuliśmy się pewniej i trochę bezpieczniej. Drzwi otworzyła nam kobieta w obcisłym połyskującym dresie w odcieniach beżu. Była umalowana a jej farbowane blond włosy były skrupulatnie wyprostowane i ścięte krótko do ramion. Nie przypominała tradycyjnej muzułmanki. Ucieszyłam się, że nie jestem jedyną kobietą w towarzystwie. Mówiła trochę po francusku, my nie. Była bardzo miła. Zaoferowała nam shishę a nasz znajomy kolejne piwa. Z kuchni dochodził wspaniały zapach. Oboje byliśmy straszliwie głodni. Czekają na obiad, siedzieliśmy w jednym z dwóch, jak się wydawało salonów i patrzyliśmy bezmyślnie w telewizor. To co puszczali w telewizji, kontrastowało wyraźnie z Marokańską rzeczywistością. Nie mogę sobie wyobrazić Marokańskiej rodziny zasiadającej do posiłku, wszystkie kobiety w długich szatach nie odsłaniających chociażby skrawka ciała, podczas gdy w telewizji piosenkarka w samym staniku i szortach, wije się na scenie do jakiegoś dennego hitu. Było w tym coś śmiesznego, z nutą hipokryzji. Kolejna sprzeczność w świecie muzułmanów w Maroku dotyczy picia alkoholu. Publicznie, nikt nie pije, alkohol jest zakazany. Jednak Marokańczycy piją alkohol, nie uważając tego za coś złego dopóki robią to po kryjomu. Poznałam Marokańczyków, którzy sami twierdzili, że ich kraj pełen jest hipokrytów. Chociażby obserwując, jak każdy w Maroku udaje przykładnego Muzułmanina, a potem jedzie do Europy i robi co mu się żywnie podoba. Oczywiście później się do tego nie przyznając. Sama nie wiem czy mogę nazwać to hipokryzją. Nie chciałabym nikogo oceniać, ponieważ nigdy nie żyłam w państwie muzułmańskim. Może mogłabym nazwać to po prostu chęcią wyzwolenia się z ograniczającej rzeczywistości Maroka.

Nasza długo oczekiwana kolacja była tak wspaniała, że wydawało mi się iż nigdy jej nie zapomnę. Jedzenie było najprostsze na świecie: sałatka z pomidorów i cebuli, idealnie upieczony kurczak, chleb i oliwki. Zwyczaj jedzenia palcami w Maroku sprawia, że wszystko smakuje o wiele lepiej! Dowiedziono, że podczas jedzenia palcami człowiek ma większy kontakt zjedzeniem i dzięki temu, czerpie więcej przyjemności z posiłku. To zdecydowanie prawda.  Ja i J. w Maroku próbowaliśmy wszystkiego i wszystko jak leci wcinaliśmy palcami. To było zdecydowanie jedno z najlepszych przeżyć kulinarnych w moim życiu. Po kolacji poszliśmy od razu spać. Gospodyni ułożyła nam miękkie posłania na podłodze w drugim ‘salonie’.  Stwierdziłam, że oficjalnie ją kocham za to wszystko co dla nas zrobiła.

O 7.00 rano zbudziło nas brutalne pukanie w drzwi naszej sypialni. Było tak wcześnie i zimno ale nasz znajomy musiał jechać do pracy, przy czym my mieliśmy 2 minuty na zebranie się. Czułam się strasznie ale nie mogłam nic zrobić. Kiedy wyszliśmy na dwór czekała nas jeszcze jedna niemiła niespodzianka, było na prawdę zimno i PADAŁO! Ile może padać w Afryce?! Wsiedliśmy do samochód w okropnych humorach. Lało jak z cebra więc nie było szans na stanie przy drodze i łapanie stopa. Po minucie podjęliśmy decyzje, że ‘niech będzie ten autobus’ i pojechaliśmy na dworzec. Ponowny wjazd do Casablanki, wśród spalin, klaksonów i rzędów podniszczonych samochodów stojących w korku, zajął nam jakąś godzinę…

 

 

Bazar i meczet

Otworzyłam oczy. Obudziłam się w wielkim łóżku, które wygrałam poprzedniego dnia z J. w ‘papier,kamień,nożyce’. Zanim przypomniałam sobie, że jestem w Casablance, dowiedziałam się, że Ahmed już na nas czeka na dole. Umyłam zęby w błękitnej łazience. Wyszliśmy.

Casablanca była męcząca. Pełna samochodów, autobusów, motorów, spalin, ludzi. Szaro, brudno, nieciekawie. Zmierzaliśmy do meczetu wybudowanego przez króla Hassana. Połowa mieszkańców Casablanki nie cierpi tego meczetu, gdyż na jego budowę przeznaczono dużą część podatków obywateli, mówi się, że około 20%. Jego wysoki i majestatyczny minaret wbijał się w błękit nieba. Kilkadziesiąt metrów dalej, fale biły o znajdujące się u stóp meczetu gładkie skały. Od morza wiał rześki wiatr, który unosząc krople morskiej wody, pobłyskiwał nimi przez chwilę, aby potem zostawić je do wysuszenia słońcu.

O 14 mogliśmy wejść do środka. Dla zabicia czasu powłóczyliśmy się po mieście, poszliśmy na kawę, sok pomarańczowy, odwiedziliśmy bazar. Sanae nie lubiła bazaru, bała się, przewidywała najgorsze, upierała się, że to niebezpieczne miejsce. Namówiliśmy ją, bo byliśmy żądni przygód! Poza tym Sanae bała się prawie wszystkiego. Rzadko wychodziła z domu, nigdzie nie podróżowała, mieszkała w Casablance a w ogóle jej nie znała. Teraz myślę, że to nie była jaj wina. Chociaż jest ona dobrym przykładem, jak nadal niepewnie czują się w kobiety w Maroku. Bardzo się różnią od tutejszych mężczyzn- otwartych, odważnych, robiących to, na co mają ochotę. Sami przecież mówią o sobie, że oni mogą robić w Maroku wszystko, wszystko co chcą. Podczas całej mojej podróży nie poznałam wielu kobiet. Najczęściej były tuż obok, ale ukryte pod hedżabem, lub w kuchni, usługujące mężczyznom do posiłku, siedzące z dziećmi, targujące się w małych uliczkach przy straganach z warzywami. Były jakby obok, a ich świat ograniczony, tak bardzo daleki od świata mężczyzn*

Na bazarze kupiliśmy przyprawy, pochodziliśmy, pooglądaliśmy, potargowaliśmy się trochę. Aż dotarliśmy do mojej ulubionej części wycieczki- ulicznego jedzenia! J i Sanae stanowczo odmówili, ale ja przepełniona moją miłością do ‘street food’ już kupowałam kanapkę z grillowanym kebabem z ryby. Ciepła, przypieczona, pachnąca przyprawami, skropiona ostrym sosem chilli, była wyśmienita! W cenie tylko 4 DH. J. i Sanae już po chwili nie mogli się dłużej oprzeć i też zajadali się rybnymi kanapkami.

Nagle podszedł do nas mężczyzna ze straganu obok i zaczął mówić coś chaotycznie do S. Poruszona poszła za nim, a my za nią, nie wiedząc co się dzieje. Ktoś pokazał nam portfel leżący na ziemi, ludzie dookoła dyskutowali głośno po arabsku. Zaczęłam wykrzykiwać do J.- gdzie ma swój portfel! Wszyscy byliśmy zdenerwowani. J. również, bo był przekonany, że ma swój własny portfel przy sobie, co udowodnił wyciągając go jednym ruchem z przedniej kieszeni jeansów. A my w zdumieniu przypatrywaliśmy się zgubie jakiegoś chłopaka z Rumunii. Pieniądze oczywiście zniknęły, zostały tylko dokumenty. Ucieszyłam się, że to nie J. i Sanae chyba też.

Cała przygoda dobrze się skończyła a my możemy się pochwalić tym, że mamy głowy na karku, bo przecież nie daliśmy się okraść na ‘niebezpiecznym’ bazarze w Casablanca city!

Ahmed przyszedł z siłowni i wszyscy razem wróciliśmy do meczetu. J. z Ahmedem próbowali wejść do środka, ale ‘nie-muzułmanie’ musieli płacić ponad 100 DH. Wejście dla kobiet było z innej strony. Razem z Sanae postanowiłyśmy spróbować. Założyłam chustę na głowę i nikt nawet na nas nie zwrócił uwagi…

Żeby zrozumieć lepiej Islam, nauczyłam się zasad ablucji. Razem z S. umyłyśmy trzy razy dłonie, trzy razy usta, trzy razy nos, trzy razy twarz, włosy i uszy, potem trzy razy ręce i trzy razy stopy. Woda była przyjemnie chłodna a w łaźni rozchodziły się przyciszone głosy. Poczułam się świeża ,czysta i jakaś lekka. Nie zdawałam sobie sprawy, że to takie przyjemne uczucie. Potem weszłyśmy do środka. Wnętrze było niesamowicie piękne. Ogromna przestrzeń z białymi kolumnami i kryształowymi żyrandolami mieniącymi się wysoko wysoko w górze. Bez butów stąpałyśmy po miękkim dywanie. Uwielbiałam to w meczetach. Chrześcijańskie kościoły zawsze postrzegałam jako zimne, nie zachęcające do zostania w środku, natomiast w meczecie można było poczuć się jak w domu. Lekki panujący tutaj chłód, tylko zachęcał do schronienia się przed upałem dnia. Ich wnętrze tętniło spokojem, ich okrągłe kopuły regularnie opadały dając poczucie harmonii. Wersety Koranu wypisane na ścianach pomagały zastanowić się nad samym sobą, ukrywając w swoich znakach głęboki sens, który powinniśmy zgłębiać i wcielać w życie. Drobne wzory i symetryczne zdobienia tworzyły jakąś magiczną całość. Trudno to opisać… kiedy byłam w środku, czułam wewnętrzny spokój.

Meczet, po którym się przechadzałyśmy z Sanae mieści się tuż nad brzegiem Atlantyku. W środku latały gołębie. S. przetłumaczyła mi zdanie wypisane nad naszymi głowami- ‘Nie szukaj niczego więcej, to co masz w swoich rękach, to może być to czego szukasz’. Chciałyśmy się pomodlić, ale nie miałyśmy wystarczająco długich tunik więc wyszłyśmy aby nikogo nie urazić…

 

Studenci medycyny

Było ciemno. Sanae czekała na nas przed oświetloną bramą do szpitala. Była ze swoim przyjacielem- Ahmedem. Sanae bardziej przypominała Europejkę niż Arabkę. Miała długie wyprostowane włosy, obcisłe jeansy i bluzeczkę z dekoltem. Jej mieszkanie miało typowo francuski styl. Wysokie sufity, duży salon z balkonem, ogromne łóżka i białą kuchnia. Był też prysznic. Zepsuty…  Wzięliśmy prysznic u Ahmeda i tam zostaliśmy resztę wieczoru.

Ich mieszkania, w porównaniu do przeciętnych mieszkań w Maroku, można by nazwać luksusowymi. Powszechnie wiadome jest, że tutaj,  medycynę studiują tylko wybrani.’ Dzieci z bogatych domów’. Żeby dostać się na studia medyczne, trzeba mieć wybitne wyniki z egzaminu pod koniec szkoły średniej, a takie, mają tylko uczniowie prywatnych szkół. Poza tym, medycynę w Maroku studiuje się tylko w języku francuskim, co jest dodatkowym utrudnieniem. Studia są za darmo, ale tylko nielicznych stać na mieszkanie, jedzenie i podręczniki.

Ahmed dużo się śmiał. Sanae była spokojna i trochę niepewna. Dużo rozmawialiśmy. Sanae okazała się poważna i oddana swojej religii. Modlitwa pięć razy dziennie, przestrzeganie zasad Koranu. Nigdy nie wychodzi wieczorem. Ahmeda odwiedziła po raz pierwszy i tylko ze względu na nas.

 

*** Jeśli interesuje Was temat praw kobiet w Maroku mogę polecić dokument:

http://religionresearch.org/martijn/2013/03/15/marriage-as-punishment-morocco/

Lub filmy fabularne, które również pośrednio mówią o prawach kobiet w innych krajach arabskich:

http://africasacountry.com/egyptian-director-mohamed-diab-talks-about-his-film-on-sexual-harassment/

***

 

 

Casablanca express

04.04.2012

Chefchauen o poranku, ciężka mgła wisząca nad miastem, odbijający się w niej błękit domów, nawoływania muzzeinów, ciemne świerki na zboczach gór prześwitujące raz po raz przez płynące chmury, zapowiedź zbliżającego się deszczu. Zimny prysznic. Powtarzając sobie, że nie jestem mięczakiem, umyłam się dzielnie cała w lodowatej wodzie.

Poszliśmy na kawę, spakowaliśmy się, pożegnalismy naszych znajomych i wyruszyliśmy dalej.

Kiedy staliśmy na drodze do Casablanki/ Ouzame zaczął padać deszcz. Nie tak wyobrażałam sobie Afrykę. Ale faktem było to, że tak na prawdę nic o niej nie wiedziałam, więc nie mogłam mieć pretensji…

Padało na prawdę mocno i do tego wiał silny wiatr. Próbowaliśmy schronić się pod bezlistnym drzewem, potem w progu jednego z domów, które stały przy drodze, ale nic z tego. Czarne chmury przemykały przez niebo a na ziemi zaczęły pojawiać się rosnące z każdą minutą kałuże.

Od strony miasta nadchodziły grupki dzieci, które musiały skończyć lekcje, bo ciągnęły długim sznurem wzdłuż deszczowej ulicy. Niektóre z kolorowymi parasolkami, niektóre nie miały nawet kurtek. Starsze pilnowały młodszych. Z tylko znaną dzieciom rezolutnością, wyznaczały swoją własną ścieżkę pomiędzy kałużami, obserwowały uginające się pod ciężarem kropli drzewa, następnie kierując wzrok na nas i wpatrując się swoimi ogromnymi pięknymi marokańskimi oczami. Te odważniejsze machały , pozdrawiając wesołym ‘hola!’

Dzieci w Maroku są inne od tych w Europie.  Tutaj często muszą pilnować ‘się same’, lub pilnują siebie nawzajem, albo po prostu wszyscy uczestniczą w ich opiece. To normalne wziąć obce dziecko na ręce, zacząć z nim rozmowę, przytulić czy pożartować. Marokańczycy uwielbiają dzieci i okazują im dużo serdeczności. To samo dotyczy upominania. To całkiem częste, zwrócenie uwagi, czy wręcz nakrzyczenie na obce dziecko, jeśli okazuje brak szacunku starszym albo coś przeskrobie. Dzięki temu, tutejsze dzieci są o wiele grzeczniejsze i nie brak im szacunku dla dorosłych. Zupełnie inaczej niż w Europie.

Tego deszczowego dnia, dzieci utrudniały nam łapanie stopa. Zajmowały większość mokrej betonowej drogi. Dopiero wtedy kiedy już porządnie zmokliśmy, zatrzymało się auto i kierowca podwiózł nas 50 km dalej. Stamtąd już bez problemu znaleźliśmy następnego naszego wybawcę, jadącego do Melmes, z którym rozmawialiśmy po hiszpańsku. Tradycyjnie zaprosił nas na marokańską herbatę i na koftę*.

W Melmes, ze względu na deszcz i późną godzinę, wzięliśmy pociąg do Casablanki (kosztował nas ok 10 euro).  Przypominał on trochę pociągi w Polsce. Szybko pokonaliśmy nim pozostały dystans. Nie było w nim dużo ludzi, więc korzystaliśmy z przestrzeni. Chodziliśmy po przedziałach, paliliśmy papierosy w otwartych drzwiach, obserwowaliśmy jak grupka Marokańczyków ucieka przed kontrolą biletów, ukrywając bryłki haszyszu w skarpetkach, przyglądaliśmy się oddalającym się torom i położonym wzdłuż nich miastom, przez tylne drzwi pociągu. W końcu siedliśmy w jednym z pustych przedziałów, słuchaliśmy muzyki z Ipoda od J. i śpiewaliśmy na głos, śmiejąc się jak szaleni.

Słońce zaszło za płaskim horyzontem, a my zbliżaliśmy się do Casablanki. Szczupły chłopak w afro wszedł do przedziału, żeby spytać o długopis. ‘Casablanca??’ ‘Next! Next stop’. Pozbieraliśmy nasz rozgardiasz i zaczęliśmy wysiadać, jeszcze na odchodnym tłumacząc, że nie, nie chcemy kupić haszyszu…

W Casablance są dwie stacje. To była ta właściwa, bo ‘pociąg się jednak zatrzymuje tylko na tej’- jak już potwierdziliśmy tą wersję pytając z trzy osoby, wyszliśmy na dworzec. Wszyscy jak zawsze do nas zagadywali. Taxi, hotel, telefon??!! Mieliśmy spać u dziewczyny na couchsurfingu, ale nasz telefon nie działał.  Nie wiedzielismy od czego zacząć.

Gruby taksówkarz podszedł w ciemności, pytając jak nam pomóc. Nadal pamiętałam historie, jak to miejscowi udają, że chcą pomóc i zarabiają sobie na łatwowiernych turystach, więc niepewnie wytłumaczyłam, że musimy zadzwonić.  Kierowca bez problemu zadzwonił ze swojego telefonu i pozwolił nam rozmawiać z Sanae. Po dwóch słowach przywitania które z nią zamieniłam, chciała ponownie rozmawiać z taksówkarzem…. Za to po chwili on stwierdził, że musimy wziąć taksówkę do szpitala, którego nazwy nie zrozumieliśmy (chociaż J. twierdził że coś tam zrozumiał). Przez głupie, gdzieś wcześniej zasłyszane historie, nie potrafiliśmy do końca zaufać Marokańczykom. To było bez sensu. Doszłam do wniosku, że ludzie którzy rzekomo zostali w Maroku ‘oszukani, po prostu nie rozumieli tutaj panujących zasad ani kultury. Z reguły Marokańczycy są bardzo pomocni, a oszustwo to coś, co traktują jako ujmę na honorze. Jeśli tylko ma się w nich wiarę, na pewno nie zawiodą. My jednak tego jeszcze nie wiedzieliśmy i kręciliśmy się po dworcu bez celu, omawiając wszystkie za i przeciw, aż w końcu wzięliśmy tą taksówkę.

Próba wytłumaczenia kierowcy gdzie chcemy jechać. Nasz francuski to katastrofa, on w ogóle nie powinien być nazywany francuskim. ‘Hospital’, ‘How is hospital in French??’, ‘Yeah, hospital, but how the hell do you say that!?’, ‘Opitel! opitel!’ Istne szaleństwo! Do tego taksówkarze w Casablance jeżdżą jak wariacii! Trzeba im przyznać, że są królami drogi. Łamią zdecydowanie wszystkie możliwe przepisy. Jeździ się bez pasów, gdyż ich zapinanie jest bardzo źle widziane. Ja raz dostałam niezłą reprymendę za to, że chciałam je zapiąć!

Podobno mieszkańcy Casablanki mówią, że pierwsza zasada jazdy w mieście brzmi ‘Nigdy nie jedź za taksówką!!’. Na ulicach codziennie jakaś taksówka PRAWIE zderza się z innym samochodem, jednak w ostatnim momencie (prawdopodobnie wjeżdżając na przeciwległy pas) unika stłuczki. Trudno stwierdzić, czy tak jak sami mówią o sobie taksówkarze, są najlepszymi kierowcami w mieście czy nie. Gdyż niektóry z ich sztuczek, na prawdę wzbudzają podziw..

* KOFTA- kulki z mięsa mielonego, cebuli, czasami z dodatkiem innych warzyw i przypraw