Bazar i meczet

Otworzyłam oczy. Obudziłam się w wielkim łóżku, które wygrałam poprzedniego dnia z J. w ‘papier,kamień,nożyce’. Zanim przypomniałam sobie, że jestem w Casablance, dowiedziałam się, że Ahmed już na nas czeka na dole. Umyłam zęby w błękitnej łazience. Wyszliśmy.

Casablanca była męcząca. Pełna samochodów, autobusów, motorów, spalin, ludzi. Szaro, brudno, nieciekawie. Zmierzaliśmy do meczetu wybudowanego przez króla Hassana. Połowa mieszkańców Casablanki nie cierpi tego meczetu, gdyż na jego budowę przeznaczono dużą część podatków obywateli, mówi się, że około 20%. Jego wysoki i majestatyczny minaret wbijał się w błękit nieba. Kilkadziesiąt metrów dalej, fale biły o znajdujące się u stóp meczetu gładkie skały. Od morza wiał rześki wiatr, który unosząc krople morskiej wody, pobłyskiwał nimi przez chwilę, aby potem zostawić je do wysuszenia słońcu.

O 14 mogliśmy wejść do środka. Dla zabicia czasu powłóczyliśmy się po mieście, poszliśmy na kawę, sok pomarańczowy, odwiedziliśmy bazar. Sanae nie lubiła bazaru, bała się, przewidywała najgorsze, upierała się, że to niebezpieczne miejsce. Namówiliśmy ją, bo byliśmy żądni przygód! Poza tym Sanae bała się prawie wszystkiego. Rzadko wychodziła z domu, nigdzie nie podróżowała, mieszkała w Casablance a w ogóle jej nie znała. Teraz myślę, że to nie była jaj wina. Chociaż jest ona dobrym przykładem, jak nadal niepewnie czują się w kobiety w Maroku. Bardzo się różnią od tutejszych mężczyzn- otwartych, odważnych, robiących to, na co mają ochotę. Sami przecież mówią o sobie, że oni mogą robić w Maroku wszystko, wszystko co chcą. Podczas całej mojej podróży nie poznałam wielu kobiet. Najczęściej były tuż obok, ale ukryte pod hedżabem, lub w kuchni, usługujące mężczyznom do posiłku, siedzące z dziećmi, targujące się w małych uliczkach przy straganach z warzywami. Były jakby obok, a ich świat ograniczony, tak bardzo daleki od świata mężczyzn*

Na bazarze kupiliśmy przyprawy, pochodziliśmy, pooglądaliśmy, potargowaliśmy się trochę. Aż dotarliśmy do mojej ulubionej części wycieczki- ulicznego jedzenia! J i Sanae stanowczo odmówili, ale ja przepełniona moją miłością do ‘street food’ już kupowałam kanapkę z grillowanym kebabem z ryby. Ciepła, przypieczona, pachnąca przyprawami, skropiona ostrym sosem chilli, była wyśmienita! W cenie tylko 4 DH. J. i Sanae już po chwili nie mogli się dłużej oprzeć i też zajadali się rybnymi kanapkami.

Nagle podszedł do nas mężczyzna ze straganu obok i zaczął mówić coś chaotycznie do S. Poruszona poszła za nim, a my za nią, nie wiedząc co się dzieje. Ktoś pokazał nam portfel leżący na ziemi, ludzie dookoła dyskutowali głośno po arabsku. Zaczęłam wykrzykiwać do J.- gdzie ma swój portfel! Wszyscy byliśmy zdenerwowani. J. również, bo był przekonany, że ma swój własny portfel przy sobie, co udowodnił wyciągając go jednym ruchem z przedniej kieszeni jeansów. A my w zdumieniu przypatrywaliśmy się zgubie jakiegoś chłopaka z Rumunii. Pieniądze oczywiście zniknęły, zostały tylko dokumenty. Ucieszyłam się, że to nie J. i Sanae chyba też.

Cała przygoda dobrze się skończyła a my możemy się pochwalić tym, że mamy głowy na karku, bo przecież nie daliśmy się okraść na ‘niebezpiecznym’ bazarze w Casablanca city!

Ahmed przyszedł z siłowni i wszyscy razem wróciliśmy do meczetu. J. z Ahmedem próbowali wejść do środka, ale ‘nie-muzułmanie’ musieli płacić ponad 100 DH. Wejście dla kobiet było z innej strony. Razem z Sanae postanowiłyśmy spróbować. Założyłam chustę na głowę i nikt nawet na nas nie zwrócił uwagi…

Żeby zrozumieć lepiej Islam, nauczyłam się zasad ablucji. Razem z S. umyłyśmy trzy razy dłonie, trzy razy usta, trzy razy nos, trzy razy twarz, włosy i uszy, potem trzy razy ręce i trzy razy stopy. Woda była przyjemnie chłodna a w łaźni rozchodziły się przyciszone głosy. Poczułam się świeża ,czysta i jakaś lekka. Nie zdawałam sobie sprawy, że to takie przyjemne uczucie. Potem weszłyśmy do środka. Wnętrze było niesamowicie piękne. Ogromna przestrzeń z białymi kolumnami i kryształowymi żyrandolami mieniącymi się wysoko wysoko w górze. Bez butów stąpałyśmy po miękkim dywanie. Uwielbiałam to w meczetach. Chrześcijańskie kościoły zawsze postrzegałam jako zimne, nie zachęcające do zostania w środku, natomiast w meczecie można było poczuć się jak w domu. Lekki panujący tutaj chłód, tylko zachęcał do schronienia się przed upałem dnia. Ich wnętrze tętniło spokojem, ich okrągłe kopuły regularnie opadały dając poczucie harmonii. Wersety Koranu wypisane na ścianach pomagały zastanowić się nad samym sobą, ukrywając w swoich znakach głęboki sens, który powinniśmy zgłębiać i wcielać w życie. Drobne wzory i symetryczne zdobienia tworzyły jakąś magiczną całość. Trudno to opisać… kiedy byłam w środku, czułam wewnętrzny spokój.

Meczet, po którym się przechadzałyśmy z Sanae mieści się tuż nad brzegiem Atlantyku. W środku latały gołębie. S. przetłumaczyła mi zdanie wypisane nad naszymi głowami- ‘Nie szukaj niczego więcej, to co masz w swoich rękach, to może być to czego szukasz’. Chciałyśmy się pomodlić, ale nie miałyśmy wystarczająco długich tunik więc wyszłyśmy aby nikogo nie urazić…

 

Leave a Reply