Aleku i Szofer

Piątek 15.07.2011, gdzieś między Ardesen a Batumi

Siedzę w hotelu na cudownie wygodnym łóżku, patrzę na białą ścianę i myślę o jutrzejszym dniu. Nie mam najmniejszego pojęcia co wydarzy się jutro.

Jesteśmy tutaj we trójkę, w małym białym pokoju hotelowym. W końcu mogliśmy wziąć prysznic i to było cudowne uczucie. Ściany są idealnie czyste, pomieszczenie z łazienką i mały korytarzyk jest oddzielony wykuszem, takim łukowatym jak w meczetach, dywan tworzy zauważalny kontrast w swojej bordowo czerwonej barwie, takiej jak moja ostatnia czysta bluzka wyciągnięta gdzieś z dna plecaka. Oprócz tego jest balkon, również nieskazitelnie biały, wyłożony kafelkami, zalany wodą z cieknącej klimatyzacji. Widok z jednej strony wychodzi na Morze Czarne, nad którym jeszcze widnieje różowo zachodzące słońce. Z drugiej strony znajdują się góry, porośnięte gęsto bujnym ciemnym lasem, zanurzone we mgle idącej od morza. Te dwa widoki przedzielone są drogą szybkiego ruchu w dole, wzdłuż której ciągną się banery z reklamami i niechlujnie wyglądające domki. Przed chwilą błyskawica rozświetliła niebo, ostrzegając o kolejnym już dzisiaj deszczu. Przez grzmot następującego po tym piorunu,  przebija się jeszcze głośniejszy odgłos- chrapanie Aleku. Aleku, to skrót od Aleksander. Aleku jest Gruzinem, a my z nim jedziemy do Tibilisi. To on nam wynajął pokój w hotelu, wcześniej zaprosił na rybę i wódkę, a jeszcze wcześniej na hektolitry tureckiego czaju i przydrożnych fast foodów.

Na początku nie planowaliśmy wyjazdu do Tbilisi, ale wszystko się zmieniło, kiedy na granicy tureckiej zgubiliśmy naszego tureckiego kierowcę ciężarówki. Próbowaliśmy go odnaleźć, niestety bez skutku, nie było śladu ani po kierowcy ani po mojej ukochanej bluzce, którą musiałam chyba zostawić u niego w samochodzie. Zrezygnowani i wykończeni palącym słońcem, usiedliśmy w cieniu jednego z małych drzewek stojących przy tureckiej części rozgrzanej betonowej drogi. Paweł załatwił wodę z meczetu i małą mizerną kartkę papieru, na której strażnicy graniczni napisali nam po turecku, że chcemy się dostać do Ankary.

… tutaj muszę przerwać moją opowieść, ponieważ chrapanie Aleku tak mnie rozprasza, że nie jestem w stanie myśleć o niczym innym. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To jak warczenie jakiegoś ogromnego psa, jednocześnie tłumione przez jego wielką mordę, pomnożone razy dziesięć.

Sam Aleku jest Gruzinem i wygląda, tak jak postać, która pojawia się w naszej wyobraźni, kiedy myślimy o bossie narkotykowym lub szefie szajki przemytników. Jest opalony, przy kości, ma ciemne włosy, a na grubych dłoniach widnieją złote sygnety. Oprócz tego ma złote bransolety i srebrny zegarek, noi wypasiony samochód.

Dokończę jednak historię, jak poznaliśmy tego mistrza chrapania. Jadąc ze swoim kolegą Turkiem- Adamem, Aleku ujrzał nas przy drodze i się zatrzymał, nawet nie zwracają uwagi na naszą żałosną karteczkę. Przyciemniana szyba luksusowego czarnego samochodu została opuszczona w dół i siedząc na swoich wygodnych skórzanych fotelach obaj panowie zaczęli nam tłumaczyć, że co prawda jadą do Ankary ale trochę później, bo mają jeszcze coś po drodze do załatwienia. Nie byliśmy do końca pewni czy ich zrozumieliśmy. Jedynym wspólnym językiem okazał się rosyjski, który rozumieliśmy tylko ‘intuicyjnie’, na zasadzie znajomości polskiego. Jednak chłodne wnętrze klimatyzowanego pojazdu było tak kuszące po godzinie czekania w nieprawdopodobnym skwarze, że zdecydowaliśmy się jechać gdziekolwiek jadą oni.

Nasi kierowcy zatrzymali się w Edirne. Musieli coś załatwić i zaproponowali żebyśmy poszli z nimi. Bez wahania zgodziliśmy się, ciekawi o co chodzi w całej tej sprawie. Dotarliśmy na brukowane patio jakiegoś drogiego hotelu, w którym zaraz miał się odbyć ślub. Jeden stolik był zajęty przez dwóch mężczyzn grających w tryktraka, a przy drugim siedziały dwie młode Europejki, jedna z nich była dziewczyną kelnera. Usiedliśmy przy stoliku a Adam gdzieś zniknął. Po chwili wrócił z kluczem do pokoju. Zamówiliśmy coś do picia, a Aleku poszedł na górę załatwiać ‘biznes’. Podobno był tam z kimś umówiony. Kiedy wrócił, rozmawialiśmy o naszych planach i o podróży do Iranu. Aleku przekonał nas, że łatwiej niż w Ankarze, będzie załatwić wizę w Tbilisi. Następnie od razu wyciągnął swoje dwie komórki i wykonał kilka telefonów, po czym oznajmił, że nie ma problemów z załatwieniem wizy właśnie w Gruzji i że kosztuje to 38 euro. Nie wiedząc w co mamy wierzyć, wstępnie zgodziliśmy się z nimi jechać do Gruzji. Paweł bardzo się cieszył, bo jak mówił od dawna marzył o podróży do tego kraju, ja jednak miałam pewne wątpliwości. Od tego czasu, mieliśmy mieszane odczucia co do naszych kierowców, głownie dlatego, że nie rozumieliśmy prawie ani słowa z tego co mówią. Na początku byliśmy bardzo zadowoleni z naszego nowego pomysłu zmiany trasy, potem z kolei nabraliśmy trochę podejrzeń. Szczególnie wtedy, gdy po dotarciu do Trabzonu- rodzinnego miasta Adama, w którym miał się z nami pożegnać, zamiast się rozdzielić jak było ustalone, oni zaczęli szukać hotelu. Czuliśmy się niepewnie i wypytywaliśmy Adama o co właściwie chodzi. Powiedział nam, że Aleku nie chce jechać od razu do Gruzji, tylko chce zostać w Trabzon kilka dni i pozałatwiać interesy. Nic z tego nie rozumieliśmy. Zapytaliśmy ponownie, tym razem Aleku, który z kolei oznajmił, że chce jechać do Tbilisiod i to od razu. Kiedy już w końcu wszyscy ustaliliśmy, że Turek zostaje w Trabzonie, my jedziemy do Tbilisi a do hotelu idziemy tylko wziąć prysznic i chwilę odpocząć, Aleku zaprosił nas na obiad przy którym jeszcze wypiliśmy za te wszystkie nasze plany. Wydawało nam się, że Adam od tego momentu trochę się obraził, tak jakoś ucichł a potem szybko się zmył. Dowiedzieliśmy się później, że Adam był tylko szoferem Aleku, który miał go prowadzić samochód przez Turcję i może był odrobinę zazdrosny o to, że tak szybko się zaprzyjaźniliśmy z Aleku.

I tak oto znaleźliśmy się tuż przed granicą gruzińską, w przydrożnym hotelu, czekając na to, co będzie dalej.

Leave a Reply