Niech żyje supra!

Supra to tradycyjna gruzińska uczta, połączona z zespołem tradycji i rytuałów.

Supra stanowi tło dla wszystkich ważnych wydarzeń w życiu Gruzinów.Powinna być ona widziana jako symbol gościnności społeczeństwa gruzińskiego. Przebieg supry nadzoruje tzw. Tamada- mistrz ceremonii. Wygłasza on toasty, przypominające rodzaj ułożonej i przemyślanej przemowy  oraz pilnuje, by na stole nie zabrakło jedzenia i trunków. Toasty podczas supry wznoszone są w określonym porządku, zazwyczaj najpierw za pokój, a następnie za powód spotkania i poszczególnych gości. Uniwersalną odpowiedzią na toast jest słowo gaumardżos (Za nasze zwycięstwo).. Continue reading Niech żyje supra!

Hotel

Pierwszym miastem na naszej drodze było Batumi. Po tym wszystkim co widzieliśmy na granicy, byliśmy w szoku. Miejsce wyglądało niczym Las Vegas! Wszystko było nowoczesne i kolorowo podświetlone. Przy wybrzeżu, wzdłuż ogromnego bulwaru, mieniły się fioletowo- zielone palmy, a pośród nich purpurowe światło roztaczały tryskające w niebo fontanny. Continue reading Hotel

Granica

Przejście graniczne między Turcją a Gruzją przypominało scenerię jak z filmu sensacyjnego. Było już dawno po zachodzie słońca i wokół panowała ciemność. Wszystko zaczynało się  od długiego tunelu, w którym tłoczyły się ciężarówki. Prowadził on aż do granicy wyznaczonej przez metalowy ozdobiony kolczastym drutem płot, z którego wystawały gdzieniegdzie budki celników. Continue reading Granica

شكرا

Siedzę w autobusie z Algeciras do Cordoby. Od kiedy wjechałam do Hiszpani, wszystko wydaje się takie bezbarwne i puste. Hiszpanie wydaja się głupsi i bardziej ograniczeni niż przed wyjazdem, a mnie wydaje się wkurzać ich lenistwo i egoizm, krajobraz za oknem wydaje się być nieciekawy i jednolity. Wszyskie ceny są już ustalone i nie można się targować, pomimo, że są niewyobrażalnie wysokie. Słońce nie zachodzi w tak piękny niepowtarzalnie kolorowy sposób. Brakuje mi odgłosów modlitwy niosących się z minaretów. Życie jest nudne i ludzie są nim znudzeni.

Welcome to Europe!

Nie musisz być dla nikogo miły, bo i tak nic za darmo nie dostaniesz i nawet nikt się nie przejmie twoim losem. Do szczęścia potrzebujesz tylko pieniędzy. To smutne. Oczekiwana radość z powrotu do Hiszpanii trwała 3 minuty i to tylko dlatego, że opuściłam kolejkę pchających się na mnie stłoczonych Marokańczyków przy odprawie celnej. Ludzie tutaj nie patrzą się już na swoje twarze tylko na swoje ubrania, są zmęczeni jazdą luksusowym autobusem, nie odzywają się do siebie ani nie uśmiechają. Chciałam wrócić do domu. Jednak czy nie bardziej ‘w domu’ czułam się na zakurzonych ulicach, wypełnionych krzykiem, wiecznym hałasem klaksonów, kolorami i zapachami. Tam czułam, że żyję. Głód czułam bardziej, i przyjemność z jedzenia też intensywniej, dostrzegałam więcej, byłam bliżej ludzi, chociaż nie rozumiałam ich języka, czułam się z nimi dobrze.

CHCIAŁAM PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM OSOBOM, KTÓRE SPOTKAŁAM NA MOJEJ DRODZE. BEZ NICH MOJA PODRÓŻ BY NIE ISTNIAŁA. ALE PRZECIEŻ… TO NIE JEST MOJA PODRÓŻ, TO ONI SĄ JEJ CZĘŚCIĄ I UCZYNILI JĄ MOŻLIWĄ.

Shokran شكرا

Taxi Kabira

Kiedy siedzę sobie zakatarzona w ten zimowy wieczór, jakże wspaniale jest się przenieść do ciepłej drogi pokrytej czerwonym kurzem, gdzieś na marokańskim odludziu…

Jednak żeby tam dotrzeć, podczas naszej podróży,najpierw zawsze musieliśmy wydostać się z miasta. Tłocznego, gorącego, zastawionego straganami miasta. Żeby wydostać się z Agadiru wzięliśmy taxi kabira, czyli w arabskim dużą taxówkę. Wskazówkę żeby skorzystać z tego rodzaju transportu dostaliśmy od Ahmeda. Teraz patrzę na zwitek papieru z napisanym niepewnie ‘Taxi Kabira’ i jest on kolejną wskazówką do umiejscowienia poszczególnych etapów naszej podróży. W rzeczywistości taxi kabira to był po prostu stary mercedes, za to  duża była liczba osób, która mieściła się w środku. Oprócz J. i mnie upakowanych na przednim siedzeniu, z tyłu zmieściło się jeszcze pięć osób, plus bagaże. Kiedy znaleźliśmy się w małym miasteczku na południe od Agadiru, z ulgą wysiedliśmy i zaczęliśmy rozglądać się za bardziej luksusowym środkiem transportu, czyli stopem.

Mogę tutaj wtrącić, że z całą pewnością autostop, to jeden z najwygodniejszych środków transportu w Maroku. Czeka się niedługo i zdarzają się na prawdę przyzwoite samochody.

Wyszliśmy na pobocze ruchliwej zakurzonej asfaltowej drogi. Obserwując mijające nas pick-up’y cały czas wspominaliśmy o tym, jakby było cudownie jakby jakiś się zatrzymał. Ja zapoznana z odwiecznym prawem autostopu, że jeśli się czegoś bardzo chce to się to dostaje, wierzyłam, że pojedziemy w końcu na pace jednego z nich. I pojechaliśmy! Dosłownie nie minęło parę minut a przed nami stał nasz wymarzony samochód, a my w osłupieniu, patrzyliśmy na siebie z głupkowatymi minami i uśmiechem na ustach. No to zaczęła się jazda! Nie było dokładnie tak jak sobie to wyobrażaliśmy. Samochód pędził, cały czas uderzały w nas chmury kurzu i trzęsło tak, że musieliśmy się porządnie trzymać żeby nie poobijać się o wnętrze przyczepy. Wiatr prawie nam zrywał głowy, my jednak cieszyliśmy się jak małe dzieci, zadowoleni, że nasze życzenie zostało spełnione.

Choć droga była wąska, cały czas wymijały nas samochody. Wśród nich wiele było niedużych ciężarówek, z tyłu wypełnionych robotnikami wracającymi z pola. Wszyscy się na nas gapili i pozdrawiali, a że my byliśmy w chwilowej euforii, również pozdrawialiśmy i machaliśmy do nich serdecznie. Kilka kobiet z ciężarówki rzucało nam świeżo zebrane melony. Kiedy już nas wyminęli i skończyła się seria okrzyków, radosnych pozdrowień i pogwizdywań, rozkroiłam jednego melona, o mało nie ucinając sobie przy tym palców (kierowca jechał jak szalony).

Potem był obiad z kierowcą w jakimś przydrożnym barze. Gdy już się najedliśmy przepysznym Tagine i rozmawialiśmy przy miętowej herbacie dostałam propozycję małżeństwa. Omówiłam, dopiliśmy herbatę i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy zobaczyć chociaż skrawek pustyni, a nie mieliśmy już zbyt dużo czasu.

Większość pozostałej drogi tego dnia przejechaliśmy z dwoma sympatycznymi kierowcami ciężarówki, którzy mówili trochę po francusku. Staraliśmy się prowadzić rozmowę, jednak nasz znakomicie niski poziom francuskiego nam na to nie pozwalał. Ponadto kiedy zaczęliśmy wkraczać na obszary tak zwanych wrót pustyni, widoki dookoła były tak nieziemskie, że zarówno J. jak i ja leżąca sobie wygodnie na tylnym siedzeniu w zamyśleniu kontemplowaliśmy to piękno. Ciężarówka jechała krętą asfaltową drogą wśród rdzawo- zielonych wzgórz, które podczas powolnego zachodu słońca przybrały na chwilę fioletową barwę.  Kierowcy zaczęli nucić spokojną berberską melodię a J. dołączał się wybijając rytm. W ciepłym powietrzu ciężarówki i kojącej muzyce, odpłynęłam w krainę moich snów.

Kiedy dotarliśmy do Warzazat nasi kierowcy zaprosili nas na obiad. Było jak zwykle wyśmienicie! Jednak gdy tylko dowiedzieli się, że nie mamy gdzie spać, uparli się aby znaleźć nam nocleg. Jeden z nich miał w Warzazat siostrę, poznaliśmy jej męża  Yusuff’a, który zgodził się nas przenocować.

Yussuf był dla nas człowiekiem zagadką. Był spokojny, chyba dlatego że cały czas był zjarany. Miał swoją mała działkę z ogródkiem, którą nazywaliśmy ‘Pépinière‘, gdzie chadzał wieczorami palić haszysz i rozmawiać ze znajomymi. Poczęstował nas tam Marokańskim winem i opowiadał trochę o sobie. Próbował mi wytłumaczyć, jak Marokańczycy patrzą na kobiety ‘wyzwolone’. To znaczy takie, które palą papierosy, haszysz i piją wino. To prawie jak znak, że kobieta jest łatwa- mówił. Według niego Marokanki nie oddają się takim rozrywką, przynajmniej nie publicznie, bo to by je klasyfikowało do tej samej szuflady co kobiety lekkich obyczajów, a mężczyźni stracili by do nich szacunek. Niestety wiele Marokańczyków podziela jego poglądy, widzą rolę kobiety zupełnie inaczej niż Europejczycy. Dla nich kobieta może bardzo łatwo stracić swój honor a to byłoby dla nich wymówką na traktowanie jej bez należnego jej szacunku. Miejsce kobiety jest w domu, kontrolowanej przez długoletnie tradycje i obyczaje, jednak oni, mężczyźni mogą sobie robić co chcą, to do nich należy poznawanie świata, jednocześnie ze wszystkimi rozrywkami jakie on oferuje.

Następnego dnia, musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie ma szansy żebyśmy zdążyli na pustynie. Postanowiliśmy jutro wyruszyć do Marakeszu. W międzyczasie zwiedziliśmy centrum i okoliczną wytwórnię filmową, coś jak Marokańskie Hollywood, zobaczyliśmy tutejszy targ, powłóczyliśmy się trochę, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z Yussufem. Byliśmy przygnębieni, że nasza podróż za niedługo dobiegnie końca.

Nazajutrz byliśmy już w drodze do Marakeszu, po drodze ocierając się o niesamowicie piękne góry Atlas. Kierowca tradycyjnie zaprosił nas na Tagine (tym razem z kozy), chociaż nie mówił w żadnym obcym języku. Znalazłam przy drodze małego szczeniaka. Leżący w brudzie na słońcu i skrajnie wyczerpany wyglądał jakby zdychał. Naiwnie postanowiłam go ratować. Wzięliśmy go razem z nami, daliśmy pić i jeść, a on odwdzięczył się nam rzygając w samochodzie. Kierowca nie był zadowolony i z ulgą pozbył się nas jak tylko wjechaliśmy do Marakeszu.

 

 

 

handel wymienny

W Marakeszu mogliśmy znowu skorzystać z couchsurfingu, ale postanowiliśmy zaszaleć i wynająć hostel. Wynajęlismy dwuosobowy pokój za jakieś 5 euro za noc, w wykafelkowanym na biało i niebiesko pięciopiętrowym hotelu z prostokątnym patio pośrodku. Wykąpaliśmy naszego nowego przyjaciela, uczesałam go, dałam mu jeść i pić, ale nadal wyglądał bardzo mizernie, co nie przeszkodziło mu drzeć się wniebogłosy podczas kąpieli.

***

Ulice w Marakeszu są pełne ludzi, straganów, motorów, co chwila przejeżdżających z warkotem tuż obok, gotowych w ciebie wjechać, jeśli nie zejdziesz im z drogi. biedaków, żebraków, bogatych turystów, ulicznych grajków, zaklinaczy węży i różnych rzemieślników. W centrum miasta znajduje się ogromny bazar, w którego małych uliczkach można się z łatwością zgubić. Pierwsza część targu, czystsza i bardziej kolorowa jest dla turystów. Nie znajdziemy w niej koziego mięsa oblepionego przez muchy zwisającego z metalowych haków, obitych i brudnych warzyw, stosów zużytej tkaniny i najrozmaitszego badziewia poukładanych na ziemi. Tutaj wszystko jest poukładane na błyszczących straganach, owoce są idealne i wypolerowane, baklawa misternie ozdobiona, piętrzy się przed uśmiechniętymi sprzedawcami. W tej części tradycja targowania powoli traci sens, gdyż bogaci turyści m. in. z Niemiec, Francji, Stanów Zjednoczonych nauczyli sprzedawców, że gotowi są zapłacić każdą cenę. Byłam zaskoczona kiedy niektórzy Marokańczycy nie chcieli się ze mną targować, cena dla turystów została ustalona już dawno i nie ulegała ona zmianie.

Za to jedzenie, można było dostać przepyszne o każdej porze i w każdej cenie!

Piliśmy najlepszy sok pomarańczowy w naszym życiu (zgodnie to potwierdziliśmy), świeżo wyciskany na placu Dżamaa al-Fina, próbowaliśmy każdego przysmaku, który tylko wpadł nam w ręce. Kuchnia Marokańska jest świeża, zawiera dużo przypraw i proste składniki, dzięki czemu jest po prostu wspaniała.

Ostatniego dnia musieliśmy znaleźć naszemu pieskowi bezpieczny dom. Chodziliśmy z nim po Marakeszu, rozmawiając z ludźmi i pytając czy ktoś by go nie przygarnął. Nie umieliśmy się z nim pożegnać, a zachęty sprzedawców do oddania psa, jakoś tylko nas zniechęcały. W końcu na jednym ze straganów wdaliśmy się w miłą pogawędkę ze starszym Marokańczykiem. Obiecał, że zaopiekuje się naszym podopiecznym. J. o dziwo bardzo przywiązał się do małego psa i nie umiał go zostawić, mnie też było smutno. Sprzedawca na zasadzie starej tradycji handlu wymiennego pozwolił nam wybrać sobie coś z jego sklepu. Wygrzebałam starą, trochę zardzewiałą lampkę z kolorowymi szybkami w rombowatym kształcie.

I tak skończyła się nasza przygoda w Maroku. Siedząc na dachu jednego z licznych hosteli, obserwując kolorowe miasto z góry i wsłuchując się ze śpiewy z meczetów, musieliśmy się pożegnać. Pożegnania po takich podróżach zawsze są dziwne, bo nie wiadomo co jeden drugiemu ma powiedzieć po tylu wspólnie przeżytych przygodach. J. miał następnego dnia samolot, a ja wzięłam nocny pociąg do Tangieru. Przespałam całą podróż a rano w portowym mieście jakim jest Tangier, nie było już śladu po orientalnym Maroku. Na miejskiej plaży zaczepił mnie jakiś naćpany chłopak, biegał, krzyczał, tak jakby nie mógł uwierzyć gdzie się znajduje. Ja też nie mogłam. To tak się kończy Afryka? Jako, że nie miałam wystarczająco pieniędzy na prom, musiałam targować się z mężczyzną w okienku przy nowoczesnej kasie biletowej. Zrezygnowany, popatrzył na mnie z pobłażaniem i dał mi zniżkę. Ludzie wokół nie mogli uwierzyć skąd ja się tu wzięłam…