JĘZYK BERBERÓW

Kiedy dojechaliśmy do Agadiru było późne po południe. Nie mieliśmy żadnego noclegu, tylko 3 numery telefonu, które szybko spisałam z mojego Couchsurfingu. Usiedliśmy w małej kawiarni przy głównej drodze, przy której zostawił nas chwilę temu autobus.

Agadir przypominał trochę niedokończone miasto w środku pustyni. Patrzeliśmy z tarasu na którym piliśmy na przechodzących w dole ludzi. Kelner był miły, więc zaryzykowaliśmy i spytaliśmy czy mógłby nam pożyczyć telefon żeby zadzwonić. Zgodził się bez problemu. Z trzech numerów odebrał tylko jeden, Mustafa. Ucieszył się, że przyjechaliśmy i już był w drodze żeby nas odebrać… zajęło mu to jakieś 3 godziny. Nie martwiliśmy się jednak za bardzo czekając, bo miło spędzaliśmy czas. J. czytał a ja obserwowałam. Nasza kawiarnia była chyba czymś bardziej w rodzaju popularnej tutejszej sokopijalni. Wokół lady były upchane setki owoców i co jakiś czas ktoś zamawiał owocowy koktajl w wysokiej szklance. do tego serwowali proste jedzenie, kanapki, ciastka francuskie i omlety. Umieraliśmy z głodu więc zamówiliśmy omlet, prosto z żeliwnej patelni, pachnący świeżą oliwą z oliwek z kilkoma zielonymi oliwkami w środku i z chlebem. Był tak pyszny, że o mało co nie zaczęliśmy wylizywać rondelka!

W końcu zjawił się Mustafa ze swoim przyjacielem Hamidem, który nosił tradycyjną jasną długą tunikę, ze spodniami do kompletu. Obydwaj dosyć niscy, opaleni, mieli sympatyczne twarze i nieśmiało się uśmiechali. Było już ciemno. Nie bardzo wiedzieliśmy czego oczekiwać po naszych nowych znajomych. Wiedzieliśmy tylko tyle, że Mustafa jest studentem. Poszliśmy za nimi przecinając ruchliwą ulicę, przechodząc ostrożnie przez żwirowe pustkowie, docierając do osiedla niskich, prostych bloków w kolorze piaszczystej ziemi. Drzwi do jednego z domków otworzył nam jego uśmiechnięty kolega Said. Po wykafelkowanych czerwonych schodach weszliśmy do małego mieszkanka. Po prawej stronie była łazienka, która nie zachęcała swoim zapachem. Była tylko niewielkim wykafelkowanym pomieszczeniem ze słabą żaróweczką, dziurą w podłodze i umywalką z bieżącą wodą. Na ziemi stały wiaderka i dzbanuszki. Dalej w głębi domu znajdowały się dwa pokoje, oraz mała kuchnia, z dość dużą przestrzenią do gotowania, gdzie stały butle z gazem zaopatrzone w palniki, czajniczki do herbaty i gliniane naczynia do tażin. Wszystko było bardzo proste. Siedliśmy wszyscy w małym pokoiku, gdzie ledwo mieściły się cztery posłania. Mimo swoich rozmiarów pokoik był bardzo schludny i utrzymany w czystości. Ja dostałam osobne posłanie tylko dla mnie. Poznaliśmy dwóch pozostałych kolegów z pokoju, Ahmeda i Murata. Ahmed i Said studiowali prawo, Murat filozofię a Mustafa angielski. Tylko on potrafił mówić po angielsku, reszta studiowała po arabsku więc nie mieli szansy nauczyć się innych języków.  Mustafa był niezmiernie zainteresowany wszystkim co dotyczyło Anglii. Miło było patrzeć jak kogoś na prawdę interesują jego studia. Zresztą to dotyczyło ich wszystkich. Bardzo ich polubiłam, ponieważ ich ciekawość świata i chęć do dyskusji i zdobywania wiedzy wzbudzała we mnie podziw. Studenci w Europie mają piękne mieszkania, czyste akademiki w których niczego nie brakuje, mają pieniądze nie tylko na książki ale też na imprezy i inne rozrywki. Wiele z nich jednak tego nie docenia, są znudzeni i zawsze narzekają na to ‘jak to ciężko być studentem’. Oni jednak, mieszkając w prymitywnych warunkach, cieszyli się, że mogą studiować i byli niesamowicie zaangażowani w to, czego się uczą. Ich chęć zdobywania wiedzy i poświęcenie było wyjątkowe. Poza tym wszyscy sprawiali wrażenie zadowolonych z mieszkania ze sobą, pomimo że dzielili pokój we czwórkę a w całym mieszkaniu było jakieś piętnaście osób. To było super! Studenci w Europie nie zdają sobie sprawy ile mają szczęścia. Każdego wieczoru rozmawialiśmy wszyscy godzinami, a ich ciekawość świata mnie fascynowała. Chcieli rozmawiać o religii, kulturze, polityce. Nie po to żeby udowadniać swoje racje, czy czegoś dowieść. Chcieli usłyszeć naszą historię i opowiedzieć swoją. Oprócz tego dzielili się z nami wszystkim co mieli. A mieli na prawdę niewiele. Jedliśmy wspólnie z jednego talerza. Na śniadanie czarne oliwki z chlebem i oliwą, na obiad/ kolację tażin. Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać ludzi takich jak oni w mojej egoistycznej Europie.

Większość z nich był wierząca, niektórzy chodzili w piątek do meczetu. Na pewno wszyscy byli głęboko związani z tradycją. Między innymi dlatego ja miałam swój osobny pokój do spania- małą zamykaną część kuchni. Za to wszyscy mężczyźni spali razem. J. był trochę w szoku, ale mi to nie przeszkadzało, nawet cieszyłam się trochę ze swojej własnej sypialni. J. mi później opowiadał jak to wszyscy zbudzili go o piątej rano, bo odmawiali poranną modlitwę.

To było niesamowite, ile mieli w sobie energii, chęci do życia i szacunku do tradycji. Byli zdyscyplinowani, gościnni i mądrzy, przez swoją niezaspokojoną ciekawość dużo się uczyli. Chyba najbardziej otwarty z nich był Murat studiujący filozofię, wiedział mnóstwo o językach i historii. To on uczył mnie języka Tamazight (języka Berberów), pokazują mi jak pisać po kolei te skomplikowane znaki.

Nigdy nie zapomnę tych ludzi.

Chciałabym ich kiedyś jeszcze spotkać.

This slideshow requires JavaScript.

To zapiski z mojego zeszytu, słowa przetłumaczone na arabski i tamazight. Na znajduje się wiadomość jaką chciał przekazać Murat, dla mnie, a może dla nas wszystkich…

Oto tłumaczenie na angielski przez Mustafę:

‘From my own interpretation the duty of philosophy is limited due to scientific development. None cares about it, how to make poems. But we cannot deny that philosophy was a great inside to the history in which the human being passes by. As far as I am concerned, its learner should take the benefit from it and drop the useless things.

Summary:

As Nietzsche said ” I don’t like digestive sistem that allows everything to be swallowed”‘.

Murat, my friend

‘Jak wynika z mojej własnej interpretacji, rola filozofii jest ograniczona przez rozwój nauki. Nikogo już to nie obchodzi, jak tworzyć poematy. Jednak nie możemy zaprzeczyć, że filozofia była wielką częścią historii, w której ludzkie istnienie przemija. Jeśli chodzi o mnie, to jej uczeń powinien czerpać z niej korzyści i porzucić rzeczy nieistotne.

Podsumowanie: Jak powiedział Nietzsche “Nie podoba mi się system trawienny, który pozwala aby wszystko zostało pochłonięte.” ‘

We arrived to Agadir in late afternoon. We hadn’t got any place to spend the night, only 3 phone numbers I wrote down quickly from my couchsurfing. We sat in small cafe by the main road, just where the bus left us.

Agadir reminded me of unfinished city in the middle of a desert. We were looking down from our terrace, at people walking by. Waiter was nice, so we tried our luck and asked him to borrow his phone for a moment. Without any problems he let us to make a call. From the 3 numbers I had, only one person responded, Mustafa. He was glad that we came and he was on his way to pick us up… it took him about 3 hours.  We didn’t worry too much though. We were waiting in a cafe, J. reading and I was looking around. Our cafe was more sorf of a juice bar, there were mountains of fresh fruits, piling up on the counter, fruit coctails surved to guests, some simple food, sandwiches, omelettes, french pastries. We were starving, so we’ve ordered an omelette, served straight from a pan, with a fresh olive oil, few Marrocan black olives and bread. It was so delicious, we almost started licking the pan!

When Muhammed appeared at last, he was with his frien Hamid. Hamid had a traditional bright coloured

pomocni Marokańczycy

 Chciałabym napisać, że w tym zimnym kwietniowym dniu tęsknię za ciepłem północnej Afryki, za niebieskim niebem i słońcem. Przypomnieć sobie jak grzały mnie jego promienie i poczuć je niemal na swojej skórze. To niemożliwe,bo wtedy padał deszcz, wiał wiatr i było zimno. Jakże zawiodła mnie Afryka swoim chłodem!

Ledwie weszliśmy na ogromny plac autobusowy, wszyscy zaczęli do nas coś krzyczeć. Chefchauen! Rabat! Marakesz! Przypomniała mi się ruchliwa stacja autobusowa w Gruzji i poczułam się weselej. Bez większych problemów, podążając za okrzykami dochodzącymi ze wszystkich stron, znaleźliśmy się w autobusie do Agadiru.

To złudne, gdy myślisz , że warczący silnik autobusu sygnalizuje szybki odjazd. Jednak to tylko taktyka, taki sposób, żeby przyciągnąć jak najwięcej pasażerów. Autobus buczał, warczał i terkotał jeszcze przez następną godzinę. Między siedzeniami przechadzał się konduktor wachlując się plikiem banknotów, luźno trzepoczących w jego opalonej ręce i pobrzękując sakiewką pełną drobnych monet. Pośpieszał co chwilę wsiadających pasażerów, ochoczo znajdując im miejsca. Organizował, rozsadzał, przesadzał, ustalał gdzie mają siedzieć dzieci. Mężczyźni sprzedający bilety, z plikami banknotów powtykanych między palce, cały czas gdzieś biegali, skutecznie dopełniając wrażenia ogólnego chaosu. Wsiadać, wsiadać jak najszybciej! Nie ma czasu! Zaraz odjeżdżamy!- brzęczy groźnie silnik. Mężczyźni krzyczą, liczą pieniądze, liczą pasażerów, jeszcze raz i raz znowu, przechodzą wzdłuż autobusu tam i z powrotem. Do tego, co jakieś 2 minuty we wnętrzu autobusu pojawiała się nowa osoba, żeby coś sprzedać. Niektóre produkty zasługiwały na specjalne przemówienie. Sprzedawca stawał na środku wozu i wygłaszał krótką mowę zachwalając jakiś produkt, który zaraz potem pasażerowie (o dziwo!) chętnie od niego kupowali. Oprócz tego sprzedawali słodycze, jogurty, napoje, chusteczki, kolorowe zabawki i buty. Byliśmy głodni i kupiliśmy czekoladę, czekoladopodobną masę z orzechami tu i ówdzie. Bez smaku.

Autobus ruszył. Jechał dokładnie tą drogą, której myśmy tak usilnie szukali aby dojechać do Agadiru. Szkoda, że nie mogliśmy jej znaleźć wcześniej. Deszcz przestał padać jak tylko usiedliśmy, już przemoczeni, w zatłoczonym autobusie. Krajobraz się zmieniał na bardziej suchy i pustynny. Tuż przed Marakeszem za oknami było widać duży płaskowyż w ceglanym kolorze. Gdzieniegdzie wyrastały z ziemi ciemnozielone palmy i kępki trawy. Niebo stało się jakieś większe, a chmury tworzyły na nim niepowtarzalne układy, rozpościerając swoje cienie na tej pełnej brązowego pyłu płaszczyźnie. Było pięknie, tak obserwować ten odmienny świat z okna autobusu. Dojeżdżaliśmy do Marakeszu. Tam był przystanek. Niektórzy pasażerowie wysiedli, inni zajęli ich miejsca. Znowu zamieszanie, znowu sztuczka z silnikiem i nieugięci sprzedawcy.

J. czytał książkę a ja obserwowałam ludzi dookoła.

Dochodzę do wniosku, że to niesprawiedliwe, jak postrzegani są Marokańczycy przez Europejskich turystów.

Bardzo często spotykałam się z opinią, że tzw. ‘naganiacze’ chcą  za wszelką cenę opchnąć jakiś towar albo oferują z uporem maniaka swoje usługi. Z punktu widzenia turystów, to nie tylko nieuprzejme ale niezwykle męczące. Jednak dlaczego nie spojrzeć na to z drugiej strony?

Postawiliście się kiedyś w sytuacji takiego przeciętnego Marokańczyka, którego jedynym źródłem zarobku są turyści?

Ludzie żyjący w Maroku są o wiele biedniejsi od większości Europejczyków, i to nie tylko tych bogatych Europejczyków. Bo tutaj bieda to co innego, to brak mieszkania, mieszkanie w prymitywnych warunkach, bez elektryczności, dostępu do czystej wody, bez niezbędnej żywności. Na prawdę nie aż tak trudno to zauważyć. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i dokładniej przypatrzeć zwykłym ludziom na ulicy, jak bardzo są wychudzeni lub jak czasami smutne są ich twarze, przybierając tylko wesołą maskę dla turystów.

Biorąc pod uwagę jak biedne jest Maroko, to liczba tutejszych żebraków nie jest wcale relatywnie wysoka. Z podziwem obserwowałam tu ludzi podejmujących się najbardziej błahych zadań i z dumą nazywających je pracą. Nie ważne, czy jest to dźwiganie czyichś bagaży w starej taczce, sprzedawanie badziewnych pamiątek czy pomaganie w szukaniu hotelu lub robienie za przewodnika, to próby działania są godne podziwu. Osobiście szanuję ich za to, że zamiast się poddać i narzekać, starają się jak mogą, zmuszają do uśmiechu, krzyczą, żartują, znajdują dość energii aby przetrwać kolejny dzień.  W Maroku często się widzi nadmiar osób asystujących przy banalnych pracach, pomagających podróżnym, parkujących samochód, czy przeprowadzających dorożkę z osłem na drugą stronę ulicy. Zdumiewające jest to, że każdy chce pracować, każdy chce się do czegoś przydać i niesprawiedliwą jest opinia, że wszyscy chcą tylko pieniędzy. Kiedy da się im do zrozumienia, że nie mamy pieniędzy, większość z nich nie wycofa swojej oferty i pomoże za darmo, lub za niską cenę, która de facto samym im się niewiele opłaca. Wystarczy krótkie wytłumaczenie, rozmowa, wyjaśnienie naszej sytuacji. Ignorancja i poirytowanie nic tu nie pomogą, a mogą tylko pogorszyć sytuację i wprowadzić nas w jeszcze gorszy nastrój. Chyba w żadnym dotychczas odwiedzonym kraju nie spotkałam tyle pomocnych ludzi co w Maroku! I to właśnie dzięki nim pokochałam ten kraj.